Wiosna 2026 roku przyniosła fanom "The Boys" emocje, o jakie nikt nie prosił. Cały świat, który przez lata z wypiekami na twarzy śledził brutalną, przesiąkniętą czarnym humorem rzeczywistość Prime Video, w której wartość człowieka mierzona jest natężeniem jego nadludzkich mocy, zderzył się ze ścianą. Serial, który wywrócił do góry nogami mit o altruistycznych obrońcach ludzkości, kontrolowanych przez bezwzględną korporację Vought, pożegnał się z widzami w atmosferze skandalu.
Wspomniani "bohaterowie" - zmutowane jednostki pozbawione hamulców i skrupułów - przez pięć sezonów radośnie szafowały swoją siłą, budując imperium celebryckiej patologii. Jednak finałowa odsłona, która wystartowała 8 kwietnia, szybko przestała dostarczać oczekiwanych wrażeń.
Z tygodnia na tydzień nadzieje na epickie zwieńczenie historii topniały, by ostatecznie, po emisji finałowego odcinka 20 maja, obrócić się w gruzy. Fani zareagowali bezlitośnie: piąty sezon okazał się najniżej ocenianą odsłoną w historii serii, uzyskując w serwisie Rotten Tomatoes zaledwie 52% pozytywnych opinii.
Rozbieżność między ocenami widzów a krytyków jest uderzająca. Podczas gdy profesjonalni recenzenci wciąż przyznawali produkcji wysokie noty - aż 92% "świeżości" w serwisie Rotten Tomatoes - odbiorcy przed ekranami czuli się oszukani. Zarzuty? Przyspieszona do granic możliwości akcja, narracyjny chaos i mało satysfakcjonujące zamknięcie wątków postaci, z którymi zżyliśmy się przez lata. Oliwy do ognia dolało porzucenie motywów wprowadzonych w spin-offie "Gen V", co sprawiło, że potencjał młodszej obsady został zredukowany niemal do zera.
Efekt jest piorunujący: finał "The Boys" trafił do niechlubnego panteonu najbardziej znienawidzonych zakończeń w historii telewizji, zajmując miejsce tuż obok "Gry o tron", "Zagubionych" czy "Stranger Things". Na Erica Kripke, twórcę serialu, posypały się gromy. Po latach budowania napięcia i misternym rysowaniu skomplikowanych relacji, całość zwieńczono odcinkiem, który dla wielu był kompletnym nieporozumieniem.
Kripke próbował się tłumaczyć, bagatelizując głosy oburzenia:
"Mamy ponad 60 milionów widzów, więc burza internetowa, która wydaje się być wszechogarniająca, w rzeczywistości stanowi ułamek jednego punktu procentowego. Każdy ma oczywiście prawo do swojej opinii i przepraszam, jeśli was rozczarowałem, ale to była historia, którą chciałem opowiedzieć".
Fanów te słowa jednak nie uciszyły. Do tego stopnia, że w internecie zaczęły pojawiać się alternatywne zakończenia wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Pomysł ten podchwycili nawet sami aktorzy - Antony Starr i Karl Urban nie pozostali obojętni na fanowskie wizje, w których finał skupiał się na destrukcyjnym starciu ojca z synem i ostatecznej deklaracji Homelandera o własnej boskości. Internauci przyklasnęli takiemu rozwiązaniu. Czy twórcom zabrakło odwagi, funduszy, czy może po prostu pomysłu na godne pożegnanie?
Nadzieja w "Vought Rising"
Uniwersum "The Boys" nie zamierza jednak znikać w cieniu tej porażki. Być może szansa na odkupienie nadejdzie wraz z "Vought Rising" - prequelem, który ma szansę rozszerzyć globalną franczyzę o zupełnie nowe, mroczne fundamenty. Akcja osadzona w latach 50. XX wieku zabierze nas do początków korporacji Vought International, która dzięki stworzeniu pierwszych superludzi zdołała przejąć kontrolę nad Ameryką.
W nowym serialu ponownie zobaczymy Jensena Acklesa oraz Ayę Cash, którzy - co istotne - zajmą się także produkcją. Fabuła ma skupić się na postaci Soldiera Boya, pierwszego superbohatera stworzonego przez niemieckiego naukowca na potrzeby armii USA, oraz jego partnerce, Clarze, którą widzowie znają jako późniejszą Stormfront.
Ten "ulepszony" duet to uosobienie zła, które z sadystyczną przyjemnością wykorzystuje swoją potęgę. Choć szczegóły fabuły pozostają tajemnicą, można spodziewać się ciętego humoru i bezlitosnej brutalności. Pytanie jednak brzmi: czy to wystarczy, by fani zaufali twórcom na nowo i powrócili do tego świata?
Odpowiedź poznamy w 2027 roku, gdy "Vought Rising" zadebiutuje na Prime Video.











