Serial "Proud" zaliczył wręcz wymarzony start. Nie dość, że jako pierwszy od kilku lat polski serial został zakwalifikowany do konkursu głównego prestiżowego festiwalu Series Mania w Lille, to jeszcze pokonał mocną konkurencję i sięgnął po Grand Prix. Dodatkowo Ignacy Liss został wyróżniony nagrodą w kategorii najlepsza rola męska.
Miałam okazję uczestniczyć w tegorocznym Series Mania i zobaczyć pierwsze trzy odcinki "Proud" na długo przed większością polskich dziennikarzy. Byłam przede wszystkim pozytywnie zaskoczona. Doceniłam interesujący scenariusz i dopracowane portrety psychologiczne bohaterów. Posunęłam się nawet do stwierdzenia, że "Proud" unika klisz. Wreszcie w polskiej produkcji oglądamy homoseksualnego bohatera, który nie został przerysowany do granic możliwości, a orientacja nie jest jego jedyną cechą charakteru. Moją opinię zdawały się podzielać zarówno jury, jak i festiwalowa publiczność. Po pokazie pierwszych trzech odcinków twórcy i obsada zostali nagrodzeni owacją na stojąco.
Do premiery pozostawało wtedy jeszcze sporo czasu, ale gdzieś z tyłu głowy pojawiła mi się myśl, że kolejne odcinki mogą pójść w zupełnie inną, rozczarowującą stronę. I niestety tak właśnie się stało. "Proud" jest dla mnie przykładem na to, że nie warto oceniać serialu wyłącznie po kilku pierwszych odcinkach. Kolejne oglądałam z coraz większym poczuciem zmarnowanego potencjału.
O czym jest serial "Proud"?
Głównym bohaterem "Proud" jest Filip (Ignacy Liss) - bezczelny i lekkomyślny gej, który żyje chwilą, nie przejmując się konsekwencjami. Nie stroni od używek, bagatelizuje relacje z bliskimi i zwykle uchodzi mu wszystko na sucho. Jest totalnie spłukany, nie ma stałej pracy, a dorywczo zajmuje się modelingiem, korzystając ze swojego młodego wyglądu i urody. Mieszka razem z siostrą i jej małą córeczką, Tosią, prowadząc życie pozornie beztroskie.

Pewnego dnia świat Filipa zostaje brutalnie wywrócony do góry nogami. Jego siostra umiera, a on zostaje zmuszony do przewartościowania swojego życia. Od tej chwili na jego głowie jest niemowlę, mieszkanie, pranie, sprzątanie i gotowanie. Wszystko, czego wcześniej unikał, staje się jego codziennością.
U boku Ignacego Lissa występują m.in. Maria Sobocińska, Kamil Studnicki, Maja Ostaszewska, Mateusz Więcławek. Reżyserem produkcji jest Karol Klementewicz, który napisał scenariusz razem z Moniką Pęcikiewicz.
Mocny początek, a potem coraz bardziej rozczarowująco...
Filip rozpoczyna desperacką walkę o prawa rodzicielskie. Biorąc pod uwagę m.in. jego orientację, od początku wydaje się być na przegranej pozycji. Nie pomaga też fakt, że nie ma ani stałego partnera, ani stabilnej pracy, a momentami wikła się w kolejne sytuacje, w które wcale nie musiał się pakować. Na tym etapie serial wciąż wiarygodnie oddaje jego zmagania. Gdzieś na horyzoncie pojawia się nowa miłość - Paweł grany przez Mateusza Więcławka (swoją drogą, to chyba jego najlepsza rola!). Jednak przed Filipem stoi jeszcze wiele przeszkód na drodze do upragnionej stabilizacji.
W moim odczuciu "Proud" stracił całą autentyczność, gdy scenariusz zaczął opierać się na życzeniowym myśleniu. Mowa tu przede wszystkim o odcinku z pracowniczką opieki społecznej, graną przez Tamarę Arciuch. Urzędniczka przychodzi z wizytą i zastaje Pawła w samych bokserkach, a z kuchni słyszy przeklinającego Filipa. Chwilę później do mieszkania wpadają jego przyjaciele. Dochodzi do absurdalnej konfrontacji, podczas której Filip niemal rzuca się na kobietę z pięściami. Ta wychodzi z mieszkania. I co? I ginie w wypadku. Trudno nie odnieść wrażenia, że to wyjątkowo wygodne rozwiązanie scenariuszowe, biorąc pod uwagę, że niemal na pewno wystawiłaby Filipowi fatalną opinię. Co więcej, bohater nie ponosi w związku z całym zajściem żadnych konsekwencji.
Takich "smaczków" w drugiej połowie sezonu jest więcej. W szóstym odcinku oglądamy ucieczkę Filipa przed policją. Bohater zostaje oskarżony o uprowadzenie siostrzenicy, a cała sprawa szybko przeradza się w medialny spektakl. Tylko po to, by na końcu okazało się, że to... sen. Cały odcinek poświęcono wątkowi, który nie wnosi do fabuły absolutnie nic. Owszem, odzwierciedla lęki Filipa, ale czy naprawdę potrzebowaliśmy całego odcinka, żeby to pokazać?
Do tego dochodzi rozczarowujący wątek miłosny, który traci sens już na starcie. W momencie, gdy Filip desperacko walczy o prawa rodzicielskie, nie ma stałej pracy, a co za tym idzie prawdopodobnie także pieniędzy, postanawia wyjechać z Pawłem na weekend nad morze. Tam dochodzi do bolesnego zderzenia z rzeczywistością. Paweł od niego odchodzi. Problem w tym, że ta historia zupełnie nie wybrzmiewa. Filip zachowuje się tak egoistycznie, że trudno mu w tej sytuacji współczuć.
Finał ratuje serial
Całość ratuje finałowy odcinek, który wraca na dobre tory wyznaczone przez pierwsze epizody. Dostajemy wszystko to, za co chwaliłam serial na początku. Filip konfrontuje się z rodziną ojca Tosi, granego przez Piotra Packa. W niezwykle emocjonalnej, burzliwej scenie na wierzch wychodzą wszystkie pokoleniowe traumy. Dostrzegamy, dlaczego ojciec nie chciał mieć nic wspólnego z dzieckiem. Nie usprawiedliwiamy go, ale wreszcie jesteśmy w stanie go zrozumieć. Otrzymujemy świetnie napisane, brzmiące naturalnie dialogi i prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Znów da się polubić tego naszego nieidealnego Filipa, a finał wyraźnie sugeruje też, że ta historia może doczekać się kontynuacji.

Mam poczucie, że bardzo krytycznie spojrzałam na "Proud". Wynika to przede wszystkim z faktu, że pierwsze odcinki zawiesiły poprzeczkę naprawdę wysoko, a kolejnym nie udało się do niej doskoczyć. Dostałam obietnicę świetnej historii, która chce poruszać ważne i głębokie tematy. Niestety nie została ona spełniona. Mimo wszystko trzymam kciuki za ekipę. Potknięcia scenariuszowe nie sprawiają, że "Proud" staje się serialem nieważnym. Wręcz przeciwnie. Cieszę się, że taka produkcja powstała w Polsce, że wywołuje dyskusje i przyciąga publiczność również poza granicami naszego kraju.













