Serial "Lalka" zadebiutuje na Netfliksie 16 września. Dwa tygodnie później do kin trafi filmowa "Lalka" - z zupełnie inną obsadą, innymi twórcami.
Gigant streamingowy w komunikatach prasowych konsekwentnie podkreśla, że będzie to nowe spojrzenie na epicką powieść Bolesława Prusa.
W roli Izabeli Łęckiej zobaczymy Sandrę Drzymalską. Tomasz Schuchardt wcielił się w Stanisława Wokulskiego. Bohaterów dzieli praktycznie wszystko - przede wszystkim status społeczny i wiek. Serial opowie historię niemożliwego uczucia, które rodzi się między nimi. Ignacego Rzeckiego zagra Dariusz Chojnacki. To przyjaciel i partner biznesowy Wokulskiego. W ojca Izabeli, Tomasza Łęckiego, wcieli się Jacek Braciak. Zagra człowieka, który roztrwonił rodzinny majątek, przez co jego córka została pozbawiona poczucia stabilnej przyszłości. W obsadzie znaleźli się także m.in. Julia Wyszyńska jako Florentyna, Maria Kania jako Marianna, Piotr Adamczyk jako Krzeszowski, Piotr Pacek jako Starski oraz Magdalena Cielecka jako Wąsowska.
Za reżyserię odpowiada Paweł Maślona ("Kos"). Scenariusz napisał Paweł Demirski.
Tomasz Schuchardt o "Lalce" Netfliksa. Co powieść Prusa może powiedzieć nam dzisiaj?
W piątek, 31 lipca, podczas 26. MFF TAURON Nowe Horyzonty odbył się specjalny pokaz wybranych fragmentów netfliksowej "Lalki". Tuż po spotkaniu mieliśmy okazję porozmawiać z Tomaszem Schuchardtem, serialowym Stanisławem Wokulskim.
Justyna Miś, Interia: W przypadku "Lalki" Netfliksa mocno podkreśla się, że jest to reinterpretacja, a nie adaptacja. Czy możemy wyjaśnić, na czym ta reinterpretacja polega?
Tomasz Schuchardt: - Przede wszystkim jest to pewnego rodzaju słowo "wytrych", które musiało się pojawić w opowieści o naszej "Lalce", dlatego że wiele osób w naszym kraju myśli, że robienie filmu na podstawie książki polega na obrazkowym oddaniu tego, co jest w książce. Jeśli tak by do tego podchodzić, to nie miałoby żadnego sensu, ponieważ mamy książkę i mamy wyobraźnię. To, co sobie namalujemy w tej wyobraźni, jest często dużo bogatsze niż jakikolwiek film. Podchodzenie do tego w ten sposób od razu wiąże się więc z niemożliwością dosięgnięcia tego, co zaproponował nam autor.
- Co możemy zrobić, albo raczej co chcemy zrobić - i tutaj my wkraczamy z naszą reinterpretacją - to zabawić się tą formą, zadać sobie dodatkowe pytania do tego, co już Prus napisał. Co niektórzy bohaterowie mogliby zrobić, gdyby coś innego wydarzyło się na ich drodze? Gdyby coś innego sobie powiedzieli albo w innym miejscu na siebie spojrzeli? Zaczęliśmy się tym bawić. Mamy mocny konstrukt zbudowany z historycznych kostiumów i anturażu w postaci scenografii, a jednocześnie sami myślimy współczesnym językiem, współczesnymi emocjami. Ten serial pędzi. To też jest jego charakterystyka. Oczywiście, kiedy trzeba, ma miejsce na oddech, ale pędzi, bo dzisiejszy czas też jest pędzący.
Jest to poniekąd ukłon w stronę dzisiejszego widza, ale nie jest to ukłon, który miałby deprecjonować to, co mistrz Prus napisał w swojej powieści. My tutaj nie walczymy ani z jego legendą, ani nie rywalizujemy, broń Boże, z tym, co my zrobilibyśmy lepiej. Zastanawiamy się po prostu, co taka powieść, która była przecież pozytywistyczna, powstała po okresie romantyzmu i miała też coś społecznie zmienić, może powiedzieć nam dzisiaj.
- Ona mówiła trochę o klasach, o ruchach społecznych, które się rodzą. Oczywiście gdzieś tam również o miłości, o relacjach, ale też o tym, co się dzieje w tym kraju, a właściwie nie kraju, bo przecież na mapach Polska nie istniała. Dzisiaj też się o to zahaczamy. Rozmawiamy o klasowości, o tym, jak niektórzy ludzie myślą o sobie lepiej w stosunku do innych, jak ustawiają się wyżej. Tutaj mamy chociażby arystokrację i stan kupiecki. My się tym bawimy, a jednocześnie dodajemy do tego trochę humoru i próbujemy w ten sposób do tego podejść - z całkowitym szacunkiem dla pierwowzoru.
Serial trafi na Netfliksa, gdzie będzie mogła go obejrzeć widownia z całego świata. Czy ta myśl przyświecała wam podczas pracy na planie?
- Mi nie. Nie wiem, jak reszcie, ale wątpię, bo twórcy raczej nie zastanawiają się nad tym, do kogo to ma trafić. Myślą raczej: zróbmy swoją robotę najlepiej, jak potrafimy, a wtedy trafi do tych, którzy mają to obejrzeć. Mamy bardzo dobre dzieło, więc ludzie będą chcieli je oglądać.
Wspomniałeś o elementach komediowych. Osobiście byłam nimi dość zaskoczona w zaprezentowanych fragmentach - jest w nich sporo rozrywki. Co jeszcze, według ciebie, może zaskoczyć widzów "Lalki"?
- Przede wszystkim to nie jest rozrywka nastawiona na rozrywkę. Paweł Maślona już udowodnił w swoich poprzednich filmach, że lubi pobawić się formą, ale też różnymi gatunkami. Wśród wszystkich gatunków do wyboru komedia również jest na podorędziu, natomiast nie jest to specjalnie uśmieszniane ani dośmieszane. Tak naprawdę ci bohaterowie są komiczni, u Prusa również, tylko nie jest na to kładziony nacisk. Ich postępowanie bywa irracjonalne, czasem naiwne - to wszystko jest komediowe. Te fragmenty oczywiście nie oddają całego tego, co możemy zobaczyć w całym serialu. Natomiast, tak jak Paweł trochę mówił o tym, jeżeli opowiadamy o człowieku, to nie starajmy się na siłę zrobić z tego dramatu i wycinać rzeczy śmiesznych, bo mam wrażenie, że wtedy nie pokazujemy pełnego spektrum bogactwa, jakie niesie ze sobą człowieczeństwo. My jesteśmy i tacy, i tacy. Jesteśmy postawieni, przyparci do muru, nawet w dramatycznych sytuacjach, a potrafimy zachowywać się właśnie komicznie. Dlatego u nas też to jest, ale są również elementy horroru, melodramatu, kryminału, dramatu obyczajowego. Myślę, że to jest po prostu prawdziwa zabawa kinem.

Jakim reżyserem jest Paweł Maślona? Jak układała się wasza współpraca?
- Wspaniałym. Cieszę się, że spotkałem się z nim po latach, bo mój debiut filmowy to był film Marcina Wrony "Chrzest", a Paweł był tam asystentem Marcina [Wrony]. Poznaliśmy się więc w zasadzie na początku mojej drogi i chyba jego też, bo był wtedy jeszcze na studiach w Katowicach. Przez lata się nie widzieliśmy, chociaż czasami się przecinaliśmy. Paweł jest przede wszystkim świetnym człowiekiem, a jako reżyser jest bardzo czujny, ale też lubi wchodzić w dyskusję. Ciekawi go człowiek, więc ciekawi go też to, co ja mam do powiedzenia. Potem oczywiście sobie to weryfikujemy, jeżeli coś nie pasuje do jego opowieści, bo ja akurat jestem z tych aktorów, którzy uważają, że koniec końców, jakby to wszystko zamknąć, jest to zawsze opowieść reżysera. To reżyser opowiada historię tak, jak ją czuje.
- Był taki moment, kiedy wyjechaliśmy do Wałbrzycha. Pod Wałbrzychem był pałac, w którym kręciliśmy, według mnie, najważniejsze sceny dla Wokulskiego. To są sceny z szóstego odcinka. Przez trzy dni kręciliśmy tak naprawdę jedną ogromną scenę, bardzo wymagającą emocjonalnie i wymagającą od nas dużej kondycji aktorskiej. Pamiętam, że wydarzyła się tam jakaś magia. Siedzieliśmy pod hotelem i zastanawialiśmy się, co jeszcze jutro możemy zrobić inaczej, lepiej. Analizowaliśmy to, co zrobiliśmy tego dnia, zastanawialiśmy się, jak każdy z nas to widzi, co możemy zmienić - ale tylko i wyłącznie dla dobra sztuki.

- To była trochę taka wymarzona sytuacja jeszcze ze szkoły teatralnej: że nocami siedzimy, myślimy sztuką, oddychamy sztuką. Przy okazji było to też bardzo towarzyskie, po prostu ludzkie spotkanie. Wszyscy byliśmy w tym samym i wszyscy bardzo się cieszyliśmy. To nie było smutne wymyślanie ani pełne rozterek: "Nie wyjdziemy z tego, jesteśmy zgubieni". Wręcz przeciwnie: "Nie, nie, nie, to jest dobre. To, co powiedziałeś, jest dobre. A jeszcze jakby zrobić tak i tak…". To było piękne. Od tego momentu cały projekt nie był już taki sam. Bardzo dobrze to wspominam. Paweł jest też człowiekiem, który niesamowicie zaraża swoją energią. Zresztą sam kiedyś powiedział: "Jeżeli ja bym chciał, żeby ktoś mi dał swoją energię, no to jak ja mam nie dać im swojej energii?". To nie może działać z rozkazu. I to było dla nas wspaniałe. Bardzo, bardzo chciałbym spotkać się z Pawłem jeszcze nie raz.
Widziałeś już całość "Lalki"?
- Widziałem bardzo wczesny etap, z nieułożonym jeszcze do końca dźwiękiem, bez korekcji kolorów, a także bez muzyki. Miałem więc mniej więcej montażowy ogląd tego, jak ta historia się opowiada. I już wtedy powiedziałem: "Kurczę, ona się opowiada i pięknie się opowiada. Biegnie i chcemy więcej". Skoro teraz jest jeszcze wszystko lepiej, bo produkcja jest już skończona, to aż sam nie mogę się doczekać 16 września i tego, co wszyscy będziemy mogli zobaczyć na Netfliksie. Znam ludzi, którzy widzieli już cały serial za jednym razem, to znaczy podczas jednego posiedzenia wszystkie sześć odcinków.










