Był 1961 rok, gdy Krzysztof Kowalewski - wówczas student trzeciego roku wydziału aktorskiego warszawskiej szkoły teatralnej - po raz pierwszy w życiu zobaczył swoje nazwisko na ekranie. Co prawda rola Sulikowskiego w "Kwietniu" Witolda Lesiewicza nie była jego debiutem, ale w nakręconych rok wcześniej "Krzyżakach" nie wymieniono go w napisach...
- W "Krzyżakach" statystowałem. W czasie bitwy leci taki las strzał. Siódma po lewej jest właśnie moja - żartował w wywiadzie.
Krzysztof Kowalewski spędził na planie "Krzyżaków" kilkanaście dni. W kultowym filmie Aleksandra Forda wcielił się w parę postaci - m.in. knechta krzyżackiego, angielskiego łucznika, piechura...
- Kazali mi tylko biegać profilem, żeby uważnego widza nie zdeprymować - wspominał po latach.

Świetna przygoda i doskonała zabawa
Aktor nie krył, że był jednym z setek statystów, a pierwszą pracę na filmowym planie potraktował jak świetną przygodę i - przede wszystkim - jak doskonałą zabawę.
- To była ogromna produkcja, pełen priorytet. Jak na tamte czasy, zupełnie nie liczono się z kosztami. Studentów ze szkół teatralnych zwozili tam hurtem. My byliśmy na drugim roku. Strach wspominać, co myśmy tam wyprawiali. Piętrowe kace. Romanse... - zdradził w autorowi książki "Taka zabawna historia".

Sekrety zza kulis "Krzyżaków"
Krzysztof Kowalewski miał wiele szczęścia, że podczas zdjęć do "Krzyżaków" nie zaraził się chorobą weneryczną, a konkretnie - rzeżączką.
- Kilku kolegów zaraziło się tryprem. Rekordzista, pomińmy nazwisko, siedem razy! - wyznał na łamach swej biografii, opowiadając o debiucie.
- Ja zaraziłem się tylko szermierką - dodał.
Wtedy jeszcze nic nie wskazywało, że Krzysztof Kowalewski znajdzie się w gronie najwybitniejszych polskich aktorów komediowych.
- Jak byłem na studiach, nie wiedziałem, w którym kierunku potoczy się moje zawodowe życie. Próbowałem wielu rzeczy. Okazało się, że w komedii jestem najlepszy - powiedział w jednym z ostatnich wywiadów.
***Zobacz także***





