Roman Wilhelmi wiedział, dla kogo naprawdę gra
Wilhelmi należał do tych aktorów, których trudno było pomylić z kimkolwiek innym. Widzowie pamiętają go m.in. z "Czterech pancernych i psa", "Kariery Nikodema Dyzmy", "Alternatyw 4" czy "Zaklętych rewirów".
Choć zdobył ogromne uznanie, sam podkreślał, że w aktorstwie najważniejsza nie jest opinia fachowców.
W rozmowie z Ewą Moskalówną, opublikowanej w 1984 roku w "Głosie Wybrzeża", powiedział:
"Zawód ten uprawia się dla ludzi, nie dla siebie. Jedyną rzeczą, dla której warto ten zawód uprawiać jest publiczność. Jedyny sen koszmarny, jaki miałem, był ten, że gram, a widownia składa się z samych krytyków".
Jeden sen powiedział o nim więcej niż długi wywiad
Ta wypowiedź dobrze pokazuje, jak Wilhelmi patrzył na swój zawód. Nie chciał grać dla samej oceny ani dla środowiska. Najważniejsza była dla niego reakcja zwykłego widza.
Właśnie dlatego obraz pustej emocjonalnie sali, w której zamiast publiczności siedzą sami krytycy, wydawał mu się tak nieprzyjemny. Bez śmiechu, wzruszenia czy zwykłego zainteresowania odbiorców aktorstwo traciło dla niego sens.









