Formuła serialu "Komisarz Alex" stanowi, że każdy odcinek obejmuje inną zagadkę kryminalną, rozwiązywaną w nim od początku do końca. Wątek twojego bohatera Daniela Borty jest tu wyjątkiem i trwa w zasadzie przez całą obecnie emitowaną serię. A też jest kryminałem.
Jan Wieteska: - I to kryminałem wieloaspektowym. Daniel Borta, ambitny naukowiec z doktoratem z bioinżynierii, który mieszka obecnie w Madrycie, przylatuje do Warszawy na zaproszenie Kamy (Marianna Linde), również naukowczyni. Poznali się na konferencji, dziewczyna z miejsca wpadła mu w oko i zanosiło się na romantyczną relację między nimi. Daniel nie tylko chciał lepiej poznać młodą Polkę, był też ciekawy kraju, z którego pochodzi jego rodzina, która przed laty wyemigrowała do Argentyny i gdzie sam przyszedł na świat. I tu dochodzi do połączenia dwóch historii - wspólnego wyjścia z Kamą do znajomych, po którym Daniel nieoczekiwanie znika i groźnej tajemnicy sprzed lat dotyczącej, jak się okazuje, jego najbliższych. Intrygująca sprawa, z porwaniem, zemstą i mafią w tle.
Czy rzecz się wyjaśni do końca sezonu?
- W dużej mierze tak. Do Polski przyleci ojciec Daniela, czyli stary Borta (w tej roli Marek Kalita, to dla mnie wielka przyjemność grać jego syna), dzięki jego współpracy z policjantami i dzielnym Aleksem uda się szczęśliwie rozwikłać tę zagadkę. Natomiast sprawa z Kamą będzie miała otwarte zakończenie, co daje nadzieję na kontynuowania tego wątku w przyszłym sezonie - i jeśli chodzi o mnie, to jestem jak najbardziej za!
Ale na brak pracy nie narzekasz?
- O nie, dużo się dzieje...
Zwłaszcza od czasu "Sexify" - serialu wyemitowanego ponad cztery lata temu na platformie Netflix, który przyniósł ci popularność.
- To prawda, sporo się od tego czasu zmieniło. Zwłaszcza w sferze social mediów - liczba obserwujących mnie osób znacznie wzrosła, do poziomu, który przedtem był dla mnie niewyobrażalny. Dziś jest to rzeczywiście istotne dla aktorki/aktora, by gromadzić swoich odbiorców na platformach internetowych. Reżyserzy castingów, jak również producenci filmów i seriali patrzą na zasięgi świadczące o popularności kandydatów do ról, często inwestując w tych bardziej rozpoznawalnych. Social media stanowią obecnie również formę wizytówki, ukazując, jak dana osoba wygląda bądź jak mówi, jaki ma charakter. Dzięki roli w "Sexify" wiele osób się o mnie dowiedziało, do teraz zdarza się, że ktoś, w jakimś przypadkowym miejscu na mieście, na ulicy, rozpozna mnie z tego serialu (uśmiech).

W kilku innych tytułach grałeś już wcześniej, na przykład w "Barwach szczęścia" czy "O mnie się nie martw".
- Tak, to było w czasach studenckich. A jeszcze wcześniej, jako licealista, miałem okazję wystąpić w "Ojcu Mateuszu", w "Na Wspólnej" i w paru reklamach, więc z kamerą jestem już obyty. Ale to właśnie "Sexify" stało się przełomem, po którym moje życie zawodowe nabrało rozpędu. Niedługo po tym serialu wystąpiłem w kolejnej produkcji Netfliksa, tym razem w filmie pełnometrażowym "Kolory zła. Czerwień", w towarzystwie doborowej obsady - główną rolę gra w nim Jakub Gierszał wraz z Mają Ostaszewską, Andrzejem Konopką i Przemysławem Bluszczem, moim serdecznym kolegą z zespołu Teatru Ateneum.
Angaż tuż po dyplomie w renomowanym warszawskim teatrze, jakim jest Teatr Ateneum, to nie lada wyczyn. Jak tego dokonałeś?
- Można powiedzieć, że mi się poszczęściło. W tym zawodzie często trzeba się znaleźć w dobrym miejscu i we właściwym czasie. Ja tak naprawdę nawet nie szukałem pracy. Jeden z pedagogów ze szkoły teatralnej polecił mnie dyrektorowi tego teatru, Arturowi Tyszkiewiczowi i w ten sposób dostałem etat. Najpiękniej, jak tylko można i też najszybciej, jak tylko można (uśmiech).
Szybko też wszedłeś w świat muzyki, co zaowocowało wydaniem pierwszej płyty "Przepraszam" w czerwcu tego roku.
Zobacz również:
- Muzyka towarzyszyła mi od najmłodszych lat. Ale przełomem był Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w 2023 roku, gdzie po raz pierwszy wystąpiłem na dużej scenie i udało mi się zdobyć aż dwa trofea - Nagrodę ZAiKS-u przyznaną przez jury i nagrodę od dziennikarzy. Wówczas poczułem, że warto zainteresować się również tą drogą. Niedługo potem odezwała się do mnie wytwórnia Fonobo z pytaniem, czy nie chciałbym nawiązać z nimi współpracy, co przyznam szczerze, było spełnieniem moich dziecięcych marzeń. Zacząłem pracować ze świetnymi tekściarzami, kompozytorami i producentami muzycznymi, sam również komponując i pisząc teksty. I w ten sposób powstał wspomniany album. Wszystkie utwory na nim wykonuję sam, teksty i kompozycje współtworzyłem wraz z wokalistką Polą Chobot, produkcją muzyczną i kompozycją także zajęli się Mateusz Hulbój i Jeremiasz Hendzel. Z Jeremiaszem pracuję teraz nad czymś po angielsku. Chciałbym, by "Przepraszam" - mój debiut na rynku fonograficznym - był początkiem różnorodnej i inspirującej podróży, która na lata pozwoli mi łączyć muzykę z aktorstwem.
Skąd pomysł, by nazwać album "Przepraszam"?
- To tytuł dość przekorny, bo tak naprawdę rzecz jest o tym, że ja już wreszcie nie chcę wszystkich za wszystko przepraszać. Zbyt wiele razy w życiu to robiłem i obwiniałem samego siebie za to, że jestem niewystarczający, że nie wyglądam, jak powinienem czy nie zachowuję się odpowiednio. Miły, dobry, kulturalny - tak jak mnie uczono - zawsze myślałem o innych, o tym, jak ich zadowolić, ale dość rzadko o sobie i o tym, co dla mnie jest dobre. Aż przyszedł moment, w którym powiedziałem sobie: zamykam ten rozdział! Dość już dogadzania całemu światu, dość przepraszania za to, że żyję. I właśnie to "przepraszam" stało się słowem-kluczem dla tego przekazu, manifestem buntu, którego potrzebuje każdy człowiek. A ja tego buntu nigdy nie miałem.
Nie chodziłeś w szkole na wagary, nie uciekałeś z domu na imprezy?
- Nie, to nie byłem ja. Nigdy nie sprawiałem problemów wychowawczych rodzicom. Jest jedno zdarzenie, o którym nie lubię opowiadać i nie mówię zbyt często, ale skoro zacząłem mówić o rodzicach... Kiedy miałem 12 lat, umarł mój tata. Miałem silne poczucie, że nie powinienem mamie przysparzać jeszcze więcej kłopotów, muszę być wzorowy, poukładany, niezawodny, żeby miała lżej. Uczyłem się bardzo dobrze, stawiałem sobie wysoko poprzeczkę, byłem ambitny, może nawet nadambitny, zawsze starałem się osiągać zamierzony cel.
Co dało wyniki - dostałeś się do prestiżowego liceum, potem, za pierwszym razem, do Akademii Teatralnej w Warszawie.
- Tak, ale egzaminy nie poszły tak gładko, byłem bardzo spięty. W Warszawie znalazłem się na liście rezerwowej. Za to do Szkoły Filmowej w Łodzi dostałem się bez problemu. A potem w musiałem wybierać: Łódź czy Warszawa. Wybrałem Warszawę, to miasto, w którym się urodziłem i wychowałem, wszystko znam. Dobrze się stało, mam same dobre wspomnienia z AT, to wyśmienita uczelnia, przygotowała mnie do zawodu.

Niektórzy twierdzą, że start miałeś łatwiejszy, bo jesteś spokrewniony z aktorem Dariuszem Wieteską, inni zaś podejrzewają, że jesteś... wnukiem Agnieszki Osieckiej!
- Obie rzeczy są nieprawdziwe. Wiem, że syn Agaty Passent, córki poetki, nosi takie nazwisko jak ja, ale ma inne imię i jest nieco młodszy ode mnie. Co do Dariusza Wieteski, ciekawa sprawa, pochodzi z tych samych okolic, co mój dziadek od strony taty, zatem niewykluczone, że jesteśmy dalszymi krewnymi. Nigdy nie rozmawiałem z nim na ten temat, w ogólne nigdy się nie spotkaliśmy, więc trudno powiedzieć.
A ktoś z twoich bliskich miał zawód artystyczny, grał, śpiewał, występował na scenie?
- W sensie profesjonalnym nie, jestem pierwszym aktorem w rodzinie. Ale mój tata grał na akordeonie (był samoukiem), miał swój zespół, z którym występował na weselach, choć było to tylko jego dodatkowe zajęcie. O karierze scenicznej marzyła jako dziecko moja siostra, należała do zespołu wokalnego na warszawskiej Ochocie, do którego poszedłem w ślad za nią. Do dziś otwarcie mówię, że była moim wzorem i przykładem. Potem wybrała co innego, skończyła lingwistykę stosowaną i jest tłumaczem włoskiego i angielskiego. Ale obserwuje bacznie moje artystyczne poczynania i kibicuje co sił, co jest niezmiernie miłe. Jak zresztą cała rodzina. Kiedy postanowiłem zostać aktorem, pojawiły się obawy - czy wiem, co robię, czy zarobię na chleb? Na wszelki wypadek postawiłem też na "normalny" kierunek i dostałem się na amerykanistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Jednak zwyciężyło aktorstwo.
"Normalny" zawód ma za to twoja dziewczyna - jest prawnikiem. Ciężko jej żyć z artystą?
- (śmiech)... Myślę, że tak. Artyści mają to do siebie, że bujają głową w chmurach, gonią za marzeniami. Ona jest bardziej racjonalna w życiu codziennym, w planowaniu przyszłości. Ja wymyślam sobie różne rzeczy, wiele z nich dochodzi do skutku, niektóre nie, pragmatyzm nie jest moim największym atutem. Mimo tych różnic rozumiemy się doskonale, wspieramy nawzajem i mamy wspólne pasje.
Na przykład gotowanie?
- Tak, ale moja dziewczyna czuje się w tym lepiej, zresztą to ona częściej gotuje. Ja jej asystuję. Gotowanie można porównać do sztuki - budzi emocje łączeniem składników, barw, niczym obraz w malarstwie. A kiedy do tego dochodzi boski smak, to już jest poezja! Kulinaria są dziedziną, w której można rozwijać się i uczyć bez końca.
Co do nauki - podobno zamierzasz podjąć kolejne studia?
- Nie wiem, czy dalej zamierzam. Myślałem o reżyserii, zastanawiam się, na ile mógłbym coś wyreżyserować, nie mając odpowiednich studiów. Wiem, że są aktorzy bez dyplomu, którzy grają, podobnie jak reżyserzy - amatorzy, którzy też sobie radzą. Z drugiej strony warto mieć kierunkowe wykształcenie, żeby robić coś profesjonalnie. Chciałbym to zrobić, ale nie wiem, czy uda mi się wygospodarować czas.
Wciąż się czegoś uczysz - chodzisz na zajęcia śpiewu, tańca.
- Rozwój jest konieczny, żeby nie stać w miejscu. Śpiew jest ważny i dla moich muzycznych, i aktorskich planów, taniec - chodzę na kurs tańca współczesnego, jazz, step - to wręcz nieodzowny atrybut dla kogoś, kto chce działać w różnych kierunkach. Chodzę też na angielski, którym co prawda posługuję się biegle, ale ćwiczę akcent.
W zamyśle - podbój Hollywood?
- Kto wie (uśmiech)? Mój agent, notabene świetny, pozostaje w kontakcie z ludźmi z branży na całym świecie. W USA mają doskonałe kino, jeśli chodzi o teatr, to wcale nie uważam, by polski był gorszy, więc tego nie szukam. Natomiast w kwestii filmu - nie ukrywam, że mocno mi chodzi to po głowie. Więc pewnie prędzej czy później zbiorę się w sobie i podejmę próbę znalezienia dla siebie miejsca w zaoceanicznej produkcji Bo, jak to mówią, kto nie ryzykuje, ten...
... nie pije szampana! A prywatne plany na przyszłość już też masz?
- Tak, w tym temacie klasycznie. Rodzina, dzieci, takie rzeczy (uśmiech). Powoli się już przymierzam.
Rozmawiała: Jolanta Majewska-Machaj








