Życie zawdzięczał matce kolegi. Nigdy nie zapomniał, co dla niego zrobiła

Tadeusz Fijewski - legendarny aktor, któremu "nieśmiertelność" zapewniły role Rzeckiego w serialowej wersji "Lalki", starego Czereśniaka w "Czterech pancernych i psie" i tytułowa w filmowym cyklu "Pan Anatol..." - rzadko opowiadał w wywiadach o swoim życiu. Nikt nie miał pojęcia, że pod koniec życia regularnie wspierał finansowo jeden z warszawskich sierocińców. Sam, niestety, nie doczekał się potomka.

Tadeusz Fijewski należał w latach 60. i 70. do grona najbardziej lubianych polskich aktorów. Filmy z jego udziałem cieszyły się ogromnym powodzeniem, a seriale i spektakle Teatru Telewizji, w których grał, przyciągały przed telewizory miliony Polaków.

Wielkimi fanami "polskiego Chaplina", bo tak go nazywano, byli... Charlie Chaplin i Laurence Olivier.

Tadeusz Fijewski: Nawet będąc w niewoli, nie zrezygnował z marzeń

Fijewski zadebiutował tuż po 10. urodzinach na scenie stołecznego Teatru Polskiego, a zanim w 1928 roku przystąpił do eksternistycznego egzaminu aktorskiego - miał już na swoim koncie kilkanaście ról w spektaklach paru warszawskich teatrów.

Reklama

Egzaminu co prawda nie zdał, ale z marzeń o aktorstwie nie zrezygnował. W 1936 roku ukończył Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej i wyruszył w Polskę z objazdowym Teatrem Dla Dzieci "Płomyk". Do stolicy wrócił w połowie 1939 roku.

Był początek maja 1940 roku, gdy Tadeusz trafił na Pawiak. On i jego kolega po fachu - Jerzy Kaliszewski - byli jednymi z pierwszych mieszkańców stolicy, którzy padli ofiarą ulicznych łapanek.

"Na Pawiaku przetrwałem dzięki 'Wielkiej Improwizacji' z 'Dziadów'. Codziennie powtarzałem ją raz za razem, wierząc, że kiedy wyjdę na wolność, zagram Konrada. To było moje największe marzenie. Nigdy się nie spełniło" - wyznał aktor wiele lat po wojnie na łamach "Stolicy".

Kobietę, która go ocaliła, nazywał swoją drugą matką

Tadeusz spędził w niewoli parę tygodni. Prosto z Pawiaka przewieziony został do Dachau, a później do Sachsenhausen, gdzie miał zostać stracony.

Ocalał cudem - matka Jurka Kaliszewskiego oddała Niemcom całą swoją biżuterię w zamian za pomoc w wydostaniu z obozu syna i jego przyjaciela. Obaj wrócili do domów pod koniec 1941 roku.

"Mam dwie matki. Tę, która dała mi życie i tę, która mi to życie ofiarowała po raz drugi" - twierdził Fijewski w wywiadach.

W czasie okupacji Tadeusz pracował w barze Fortuna jako chłopiec na posyłki, był też kelnerem w Królewskiej Gospodzie i występował, gdzie tylko można było występować.

"W czasie powstania byłem w grupie Leona Schillera, grałem na wysuniętych placówkach, w szpitalach. Nie można tego nazwać teatrem. To były po prostu spotkania aktora z ludźmi dotkniętymi jakimś nieszczęściem, żeby pomóc im przetrwać. Recytowałem wiersze i monologi, Schiller grał na fortepianie i śpiewał" - opowiadał autorowi książki "Rozmowy o teatrze", Zbigniewowi Taranienko.

Talent uratował mu życie

Choć Tadeusza Fijewskiego nie przyjęto do wojska, o co się starał jeszcze w czasie kampanii wrześniowej, współpracował z AK i uczestniczył w powstaniu warszawskim, podczas którego - już czwartego dnia - wpadł w ręce okupanta i razem z innymi cywilami uwięziony został w piwnicy Muzeum Narodowego.

"Mieliśmy być 'żywą osłoną' dla czołgów. Urwałem się i odegrałem etiudę 'umierającego na serce', najbardziej udaną rolę w moim życiu. Uwierzyli mi i ewakuowali do szpitala. Spośród młodych mężczyzn uratowaliśmy się tylko my - ja i czterej chłopcy, którzy mnie nieśli w kocu" - wspominał na kartach cytowanych już "Rozmów o teatrze".

Ocalonego cudem aktora przeniesiono ze szpitala w Warszawie do obozu jenieckiego w pobliżu Westfalenhof, gdzie przebywał aż do wyzwolenia.

Po wyzwoleniu Fijewski zatrudnił się w teatrze w Toruniu, później przez pewien czas grał na scenach w Łodzi, aż w końcu w 1947 roku wrócił do Warszawy i tu spędził resztę życia, grając praktycznie aż do śmierci 12 listopada 1978 roku.

Wszystko, co miał, oddał sierotom z domu dziecka

Największą miłością Tadeusza był teatr. W ciągu trwającej 50 lat kariery zagrał w ponad 1500 sztukach teatralnych i prawie 600 telewizyjnych.

"Jestem aktorem spełnionym, choć wciąż spragnionym nowych ról" - żartował w rozmowie ze "Stolicą" wkrótce po swych 60. urodzinach.

Także prywatnie Fijewski był człowiekiem spełnionym. Jego małżeństwo z aktorką Heleną Makowską uchodziło za bardzo szczęśliwe. Para co prawda nie doczekała się wspólnych dzieci, ale razem wychowała syna Heleny z jej pierwszego związku.

Tadeusz przeżył ukochaną o 14 lat. Po jej odejściu poświęcił się pomocy tym, który najbardziej jej potrzebowali - dzieciom z sierocińców.

Dopiero po śmierci aktora wyszło na jaw, że przez wiele lat regularnie przekazywał ogromne kwoty jednemu ze stołecznych domów dziecka. Nikt o tym nie wiedział.

Źródło: AIM
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL