Kazimierz Wichniarz nie krył, że popularność, jaką zawdzięczał Zagłobie, którego zagrał w "Potopie", bywa dla niego męcząca.
"Na szczęście Miecia zwalnia mnie z robienia zakupów. To, że Wichniarza nikt nigdy nie widział w kolejce, to jej zasługa" - żartował w rozmowie ze "Stolicą".
"Żona to moja największa wygrana w życiu" - stwierdził.
Miał w domu wszystko, czego potrzebował do szczęścia
Kazimierz Wichniarz i Mieczysława Czerwińska poznali się na początku lat 50. w Łodzi, gdzie oboje mieszkali.
Dopiero po ślubie, który wzięli 4 marca 1957 roku, zdecydowali się na przeprowadzkę do Warszawy, ale kiedy tylko mogli, uciekali z niej na otoczoną lasem działkę pod Magdalenką. Mieszkali tu w starym powypadkowym wozie cyrkowym, który odkupili od kuglarzy i samodzielnie wyremontowali.
"To nasz azyl" - powiedział aktor w rozmowie z "Ekranem".
Państwo Wichniarzowie uchodzili za bardzo zgodne małżeństwo. Kazimierz deklarował w wywiadach, że nigdy nie dał Mieczysławie powodów do zazdrości.
"Mówią o mnie, że jestem wierny jak pies. Ale mam w domu wszystko, co mi potrzebne do szczęścia" - powiedział "Stolicy".
Tak naprawdę do pełni szczęścia aktorowi i jego żonie brakowało tylko jednego.
"Nie mamy dzieci. Czasem się zastanawiam, jak wyglądałoby nasze życie, gdyby były. Ale nie ma... Wielka szkoda" - zwierzali się na łamach "Życia Warszawy".
Jedna rola zdefiniowała jego karierę
Kazimierz Wichniarz żartował, że to, jak wygląda, jest zasługą Mieczysławy.
"Nikt nie piecze lepszych ciast. A jej gołąbki? No, palce lizać" - opowiadał "Stolicy".
Tusza była dla niego sporym problemem. Mało brakowało, a musiałby z jej powodu zrezygnować z zagrania Zagłoby, bo na planie "Potopu" nie było konia na tyle silnego, by udźwignąć ważącego ponad 110 kilogramów aktora.
Jerzy Hoffman uparł się jednak, żeby to właśnie on będzie Zagłobą i zarządził, aby w scenach jazdy konnej zastępować aktora dublerem.
Wichniarz nie był pierwszym wyborem Hoffmana do tej roli. Mieczysław Pawlikowski, który zagrał Onufrego w "Panu Wołodyjowskim", nie mógł ze względu na kłopoty ze zdrowiem ponownie się w niego wcielić, więc reżyser musiał zaangażować kogoś innego.
"Ja Zagłobę niezwykle lubię, bo - jak on - mam słabość do jedzenia i picia" - powiedział Kazimierz Hoffmanowi, gdy spotkali się na zdjęciach próbnych.
"Pan nie musi grać Zagłoby, pan jesteś Zagłobą" - usłyszał.
Po premierze filmu w 1974 roku nikt już nie zwracał się do aktora inaczej niż "Panie Zagłobo".
"Nie przeszkadza mi, że widzowie utożsamiają mnie z tą postacią. Dałem jej nie tylko twarz, posturę i głos, ale też serce" - powiedział w wywiadzie dla "Ekranu".
Ukochana żona była przy nim do końca
Kazimierz Wichniarz z każdej, nawet najmniejszej roli potrafił zrobić aktorską perełkę.
"Jego aktorstwo jest najczęściej źródłem humoru, dobroci i optymizmu. Wichniarz należy do tego rodzaju aktorów, którzy grając za każdym razem kogoś innego, grają siebie. Ale nie znaczy to, że jest jednakowy" - pisał o nim w "Słowniku biograficznym teatru polskiego" Janusz Koprowicz.
Pod koniec życia aktor podupadł na zdrowiu. Musiał zrezygnować z pracy w teatrze, rzadko wychodził z domu. Nikomu nie mówił o swoich dolegliwościach.
Zbliżał się do osiemdziesiątki, gdy zdiagnozowano u niego poważną chorobę. Wkrótce potem - 26 czerwca 1995 roku - zmarł. Ukochana Miecia opiekowała się nim do końca.
Mieczysława nigdy nie pogodziła się z jego odejściem. Przeżyła go o osiem lat. Jej ostatnią wolą było spocząć u boku męża na Cmentarzu Wojskowym na warszawskich Powązkach.













