Znany polski aktor wzorem dla... rozwodników. Zadbał zwłaszcza o jedno

Choć Tomasz Stockinger rozstał się z żoną prawie trzydzieści pięć lat temu, nadal ma z nią bardzo dobry kontakt. Jedyny syn aktora, Robert, twierdzi, że jego rodzice nie przestali po rozwodzie być rodziną. "Zależało mi na tym, żeby mieć jak najlepsze relacje z Jolą" - mówi odtwórca roli doktora Lubicza w "Klanie".

Tomasz Stockinger miał 33 lata, gdy został ojcem. Twierdzi, że pojawienie się na świecie jego syna było cudem.

"Mieliśmy z żoną na koncie kilka nieudanych prób, zaczęliśmy już godzić się z myślą, że będziemy bezdzietni" - wspominał w wywiadzie dla Plejady.

"Okazało się jednak, że los nam sprzyja. Narodziny Roberta to był jeden z piękniejszych, a może i najpiękniejszy dzień w moim życiu" - dodał.

Tomasz Stockinger i jego żona przeszli razem przez wiele trudnych momentów

Robert urodził się w ostatni dzień zimy 1988 roku w Kanadzie, dokąd kilka lat wcześniej jego rodzice pojechali "za chlebem". Miał niespełna rok, gdy Tomasz i Jolanta postanowili wrócić do Polski i tu wychować syna.

Reklama

"W naszym na pozór idealnym domu wcale idealnie nie było. Nasza rodzina przeżywała wiele niespokojnych momentów" - wspominał Robert Stockinger na łamach Plejady.

Dziennikarz doskonale pamięta, co działo się w domu, kiedy rodzice zdecydowali się rozstać. Jego ojciec potwierdza, że "bywało różnie".

"Zdarzały się zarówno ciche dni, jak i awantury. Przechodziliśmy z Jolą przez wiele trudnych momentów. Niemniej staraliśmy się robić wszystko, by nasz syn jak najmniej to odczuł. Nawet po tym, jak się wyprowadziłem, miałem z Robertem stały kontakt, spędzaliśmy razem dużo czasu - jeździliśmy razem na konie, potem na tenisa" - opowiadał aktor w podcaście "Wojewódzki&Kędzierski".

Robert Stockinger żartuje, że tata zapewniał mu rozrywki, a mama pomagała odrabiać lekcje i pilnowała, żeby za długo nie oglądał telewizji.

"Mniej więcej taki był podział ról" - wspomina.

Ojciec zabierał go na plan "Klanu"

Robert nie kryje, że koledzy ze szkoły zazdrościli mu sławnego ojca, ale on marzył, żeby mieć go tylko dla siebie.

"Zawsze ktoś coś od taty chciał: porozmawiać, zakolegować się, wziąć autograf. Miałem 9 lat, gdy dostał rolę doktora Lubicza w 'Klanie' i zaczął bywać gościem w domu. Ten serial zabrał mi wtedy ojca" - powiedział Michałowi Misiorkowi z Plejady.

O to, żeby miał normalne, spokojne dzieciństwo, dbała mama.

"Jest z wykształcenia kulturoznawcą. Nie ma nic wspólnego z show-biznesem, chroniła mnie przed nim, jak potrafiła. Znam świat w błysku fleszy, a jednak dzięki niej potrafię spojrzeć na niego z dystansem" - dodawał.

Tomasz Stockinger zabierał syna na plan "Klanu", do teatru i na branżowe imprezy.

"Byłem jego osobą towarzyszącą. Rodzice nie funkcjonowali razem jako para. Ich małżeństwo istniało tylko na papierze i niewiele ich łączyło poza mną" - mówił syn aktora w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej".

O ile Robert uwielbiał chodzić z ojcem do teatru i podglądać go na scenie zza kulis, o tyle nie przepadał za bywaniem na bankietach, bo zazwyczaj był na nich jedynym dzieckiem.

"Musiałem się cały czas uśmiechać, a czułem się okropnie. Zawsze byłem ubrany w niewygodny garnitur i pod krawatem. Możliwe, że dlatego do dziś nie lubię takich imprez i w nich nie uczestniczę" - tłumaczył.

Robert Stockinger miał nietypowe dzieciństwo

Prowadzący "Pytanie na śniadanie" nie miał - będąc nastolatkiem - z kim porozmawiać o tym, co działo się za zamkniętymi drzwiami jego domu.

"Jako jedynak byłem sam z problemami rodziców. Dlatego bardzo dbam o relacje między mną a moją żoną, bo wiem, że dzieci obserwują, czy rodzice się kochają, czy są blisko, czy się wspierają. Mnie tego brakowało".

"Moja rodzina była niepoukładana, a dzieciństwo nietypowe, ale wyszedłem na ludzi" - stwierdził.

Tomasz Stockinger często powtarza, że po to ma się syna, żeby go kochać. Pytany, jakim dzieckiem był Robert, odpowiada, że roześmianym, energicznym i czupurnym.

"Walczył o swoje i lubił rządzić. Rozstawiał po kątach sąsiadów i kumpli" - wspominał w rozmowie z Plejadą.

"A tata mnie podpuszczał. Nazywał mnie szefem, a ja po prostu wchodziłem w rolę" - potwierdził Robert.

Dziennikarz zawsze z wielkim szacunkiem mówi o rodzicach.

"Można ich postawić za wzór innym parom, które się rozstały. Mają podpisane papiery rozwodowe i nie żyją pod jednym dachem, ale spędzamy razem wszystkie święta, spotykamy się na urodzinach, nadal tworzymy rodzinę" - wyznał w wywiadzie dla Plejady.

Źródło: AIM
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL