Spec od czarnych charakterów. Tak Polacy zapamiętali Macieja Kozłowskiego
Grał czarne charaktery, które budziły respekt i niepokój, ale widzowie zapamiętali go zupełnie inaczej. Historia Macieja Kozłowskiego to opowieść o aktorze drugiego planu, który na trwałe wpisał się w historię polskiego kina i odszedł zbyt wcześnie.
Grał ludzi z cienia, często twardych, nieoczywistych, budzących niepokój. A jednak widzowie darzyli go sympatią i pamiętają do dziś. Maciej Kozłowski zapisał się w historii polskiego kina jako mistrz ról drugoplanowych, aktor precyzyjny, intensywny, zawsze obecny, nawet wtedy, gdy na ekranie pojawiał się tylko na chwilę. Jego kariera rozwijała się dynamicznie, obejmując film, telewizję i teatr, aż niespodziewanie została przerwana. Do końca wierzył, że jeszcze wróci na plan.
Urodził się 8 września 1957 roku w Kargowej. Droga do aktorstwa nie była oczywista ani prosta. Po maturze ukończył Technikum Gospodarki Wodnej, a dopiero później zdecydował się zmienić kierunek życia. W latach 80. dostał się na Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, co okazało się momentem przełomowym. Szybko było jasne, że nie będzie aktorem pierwszego planu w klasycznym sensie, ale też że potrafi zrobić z każdej sceny osobne, zapamiętywalne zdarzenie. Przez kolejne dekady zagrał w ponad 50 filmach, ponad 30 serialach i dziesiątkach spektakli teatralnych, budując pozycję aktora niezawodnego i charakterystycznego.
Na dużym ekranie zadebiutował w 1983 roku w dramacie wojennym "Nie było słońca tej wiosny". Potem przyszły role, które ugruntowały jego wizerunek, "Kingsajz", "Mów mi Rockefeller", "Kroll", "Psy", "Ogniem i mieczem", "Ajlawiu". Pojawił się także w międzynarodowej produkcji "Lista Schindlera", co było ważnym doświadczeniem w jego karierze. Reżyserzy chętnie obsadzali go w rolach ludzi twardych, często niejednoznacznych moralnie. Kozłowski potrafił jednak nadać im rys ludzki, czasem ironię, czasem wewnętrzne pęknięcie, które sprawiało, że nawet czarny charakter nie był jednowymiarowy.
Ogromną rozpoznawalność przyniosły mu seriale. W kultowym "Domu" zapisał się w pamięci widzów jako Ekstra Mocny, a w bijącym rekordy popularności "M jak miłość" wcielał się w Waldemara Jaroszego. W obu przypadkach grał postaci dalekie od pozytywnych bohaterów, ale właśnie dzięki aktorskiej precyzji zyskiwał uwagę i zainteresowanie publiczności. Telewizja dała mu masowy odbiór, którego kino artystyczne często nie zapewnia, i sprawiła, że stał się twarzą rozpoznawalną w całej Polsce.
Kozłowski nie ukrywał, że role drugoplanowe uważa za szczególnie trudne i wymagające. Porównywał je do biegu na sto metrów, w którym nie ma miejsca na poprawki ani rozwijanie postaci w długim czasie. Trzeba wejść, zagrać wszystko w kilka chwil i zejść ze sceny, zostawiając po sobie ślad. Ta filozofia pracy była widoczna w jego kreacjach. Każdy epizod traktował jak pełnoprawne wyzwanie artystyczne, rozmawiał z reżyserami, analizował scenariusze, a czasem proponował zmiany, by rola była bardziej prawdziwa i wyrazista.
Poza ekranem był człowiekiem ciepłym i zaangażowanym. Przez lata uczestniczył w akcjach charytatywnych, pomagał osobom w trudnej sytuacji, wspierał inicjatywy społeczne organizowane przez środowisko artystyczne. Opiekował się zwierzętami, angażował się w pomoc bezdomnym, brał udział w wydarzeniach sportowych organizowanych z myślą o młodych ludziach. W kontaktach prywatnych uchodził za osobę serdeczną, pełną empatii, daleką od wizerunku ekranowego twardziela.
Czytaj również: Ta śmierć poruszyła Polaków. Wziął ślub zaledwie trzy miesiące wcześniej
W połowie pierwszej dekady XXI wieku dowiedział się o poważnej chorobie, wykrytej podczas badań poprzedzających udział w akcji honorowego oddawania krwi. Rozpoczął leczenie i długo wierzył, że uda mu się wrócić do pełnej aktywności zawodowej. Mimo pogarszającego się stanu zdrowia nie rezygnował z pracy i planów. Wciąż myślał o kolejnych rolach, przygotowywał się do nowych projektów i nie tracił poczucia sensu tego, co robi.
W 2008 roku poślubił swoją partnerkę, malarkę Agnieszkę Kowalską, co było dla niego ważnym i symbolicznym momentem. Przyjaciele i współpracownicy towarzyszyli mu do końca, dając wsparcie w najtrudniejszym czasie. Maciej Kozłowski zmarł 11 maja 2010 roku w Warszawie, kilka tygodni przed 53. urodzinami. Odszedł aktor, który nie zabiegał o pierwsze miejsca na afiszu, ale bez którego wiele polskich filmów i seriali nie miałoby tej samej siły. Jego role do dziś pozostają przykładem, jak wielką wartość może mieć drugi plan, jeśli stoi za nim prawdziwy talent i rzemiosło.