Choć Ryszard Pietruski najczęściej grał role drugoplanowe, był jednym z najbardziej charakterystycznych aktorów polskiego kina. Na ekranie wcielał się w gangsterów, kombinatorów i ludzi spod ciemnej gwiazdy. Prywatnie był jednak człowiekiem o wielkim sercu, duszą towarzystwa i prawdziwym królem życia. Niewiele osób wie, że miał dwa groby. Pierwszy postawiono mu przez pomyłkę jeszcze za życia, gdy podczas wojny uznano go za poległego. To właśnie to niezwykłe doświadczenie sprawiło, że później postanowił nie zmarnować ani jednego dnia.
Los od najmłodszych lat go nie oszczędzał, ale aktor lubił o sobie mówić, że jest szczęściarzem. W czasie wojny śmierć zaglądała mu w oczy wielokrotnie. Najpierw cudem przeżył upadek z trzeciego piętra podczas odśnieżania dachu kamienicy. Innym razem, gdy pracował jako kelner w restauracji przeznaczonej wyłącznie dla Niemców, a był już wtedy związany z podziemiem, z kieszeni wypadł mu pistolet. Uratował go refleks i fakt, że Niemcy bardziej zainteresowani byli zawartością butelek niż nieuważnym kelnerem.
Najbardziej niezwykła historia wydarzyła się jednak w 1945 roku. Po zdobyciu Lwowa został wcielony do Wojska Polskiego i walczył w 4. Dywizji Piechoty. Podczas walk o Wał Pomorski został ciężko ranny i trafił do szpitala. Przez pomyłkę uznano go za poległego. Jego nazwisko znalazło się na symbolicznej mogile. Aktor do końca życia nosił w portfelu zdjęcie własnego nagrobka. Sam często żartował, że skoro raz już "umarł", to nie musi się spieszyć z kolejnym umieraniem.
Po własnym pogrzebie zaczął żyć pełnią życia
Znajomi nie mieli wątpliwości - od chwili, gdy dowiedział się, że został uznany za poległego, zaczął żyć tak, jakby chciał nadrobić utracony czas.
Pietruski nie odkładał niczego na później. Uwielbiał ludzi, spotkania, podróże i zabawę. Zdarzało się, że po nocnym spotkaniu jechał prosto na próbę do innego miasta. Kiedy wracając z imprezy zepsuła się taksówka, sam skonstruował prowizoryczny mechanizm sterowania gazem za pomocą... sznurka, dzięki czemu zdążył na plan.
Bywało, że przez cały miesiąc jeździł taksówkami "na kreskę". Kiedy wreszcie dostawał teatralną pensję, często przed budynkiem czekali wierzyciele. On wychodził wtedy i z uśmiechem mówił:
- Podzielcie się, panowie.
Pieniądze nigdy nie były dla niego najważniejsze. Liczyły się emocje, ludzie i kolejne przygody.
Kochał tylko dwie kobiety
Choć na ekranie najczęściej budził strach, prywatnie miał ogromny urok osobisty, a kobiety go uwielbiały.
Pierwszą wielką miłością została aktorka Maria Homerska - elegancka, dystyngowana gwiazda znana z ról arystokratek i kobiet z wyższych sfer. W życiu prywatnym była jednak odważna i zahartowana przez historię. Walczyła w Armii Krajowej, uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim jako łączniczka, trafiła do niemieckich obozów jenieckich, a po wojnie wróciła do Polski, by zostać aktorką.
To właśnie w szkole dramatycznej prowadzonej przez Janusza Strachockiego Maria Homerska poznała Ryszarda Pietruskiego. Ich uczucie rozkwitło bardzo szybko. Pobrali się, doczekali córki Magdaleny i przez lata uchodzili za jedno z najbardziej zgodnych małżeństw aktorskiego świata.
Nic więc dziwnego, że wiadomość o ich rozstaniu była dla środowiska prawdziwym szokiem.
Co ciekawe, rozwód nie zakończył ich przyjaźni. Wręcz przeciwnie - do końca życia pozostali sobie życzliwi, utrzymywali świetne relacje i wspólnie wychowywali córkę.
Później serce aktora skradła architekt Hanna Buczkowska-Pietruska. To u jej boku spędził ostatnie lata życia.
Największa tajemnica "Czarnych chmur"
Ryszard Pietruski na zawsze zapisał się w historii telewizji jako wachmistrz Kacper Pilch z serialu "Czarne chmury". Oficjalnie był także współautorem scenariusza.
I właśnie tutaj zaczyna się jedna z największych zagadek polskiej telewizji.
W książce "Kultowe seriale" Piotr K. Piotrowski wysunął hipotezę, że rzeczywistym współautorem scenariusza "Czarnych chmur" był Ludwik Kalkstein - były żołnierz Armii Krajowej, który podczas wojny przeszedł na stronę Gestapo i zapisał się w historii jako jeden z najbardziej znienawidzonych zdrajców polskiego podziemia. Według tej teorii przekazał twórcom obszerne materiały dotyczące swojego brata, Krystiana Kalksteina, uznawanego za pierwowzór Krzysztofa Dowgirda, głównego bohatera serialu.
Według niektórych świadków to właśnie on miał przekazać autorom znaczną część materiałów historycznych dotyczących losów Krystiana Kalksteina, który był pierwowzorem głównego bohatera serialu.
Czy rzeczywiście współtworzył scenariusz? Tego do dziś nie udało się jednoznacznie potwierdzić. Tajemnica autorstwa "Czarnych chmur" prawdopodobnie już nigdy nie zostanie rozwiązana.
Na ekranie był złoczyńcą. Prywatnie miał serce na dłoni
Choć przez całą karierę obsadzano go jako bandytę, oszusta czy cynicznego urzędnika, wszyscy zgodnie podkreślali, że prywatnie był dokładnym przeciwieństwem swoich bohaterów.
Jerzy Gruza mówił o nim, że był człowiekiem z sercem na dłoni. To Pietruski wymyślił słynną akcję "Artyści dzieciom", dzięki której największe gwiazdy polskiej sceny zamieniały się w cyrkowców, a dochód przekazywano na budowę Centrum Zdrowia Dziecka.
To właśnie Pietruski jako jeden z pierwszych zauważył, że podczas spotkania w SPATiF-ie Jonasz Kofta przestał oddychać. Niestety, mimo natychmiastowego wezwania pomocy, poety nie udało się uratować.
Ostatniej premiery już nie doczekał
Pod koniec życia coraz częściej chorował. Mówiono o nowotworze, ale sam nigdy tego nie potwierdził.
Po raz ostatni pojawił się na planie filmu "Wirus". Premiery już nie doczekał.
14 września 1996 roku zmarł na rozległy zawał serca. Jerzy Gruza powiedział później krótko:
- Pękło mu serce.
Patrząc na jego niezwykłą biografię, trudno oprzeć się wrażeniu, że po tym, jak wojna próbowała odebrać mu życie, a wielu jego kolegom rzeczywiście je odebrała, on przez kolejne pół wieku próbował przeżyć je za tych, którzy nie mieli takiego szczęścia jak on.











