Jennifer Garner i Ben Affleck po raz pierwszy skrzyżowali swoje drogi w 2000 roku na planie hitu "Pearl Harbour". W tamtym okresie Garner była jednak w związku małżeńskim ze Scottem Foleyem.
Oficjalnie parą zostali dopiero w 2004 roku i od tej pory machina ruszyła - Garner z dnia na dzień stała się jednym z głównych obiektów obsesyjnego zainteresowania Hollywood. Mimo że jej małżeństwo z Affleckiem dawno przeszło do historii, ona sama nigdy nie odzyskała pełnej anonimowości.
Niedawno aktorka otworzyła się na temat niezwykle specyficznej, wręcz mrocznej relacji z fotoreporterami, którzy towarzyszą jej każdego dnia od ponad dwóch dekad.
Paparazzo na pomoc
Cena, jaką przyszło jej zapłacić za sławę, była ogromna. W 2013 roku Jennifer Garner wraz z Halle Berry osobiście zeznawała przed Komisją ds. Bezpieczeństwa Publicznego Zgromadzenia Stanowego Kalifornii, desperacko popierając projekt ustawy, która karałaby surowymi grzywnami za fotografowanie dzieci bez zgody rodziców.
"Dzieci wychodzące z przedszkola były potrącane przez fotografów, którzy tak bardzo chcieli dopaść mnie albo Bena" - relacjonowała jakiś czas temu z rozgoryczeniem.
Mało kto wie jednak, że relacja z obiektywami ma drugie, wręcz niewiarygodne oblicze. W rozmowie w podcaście Evana Rossa Katza aktorka wyznała szokującą prawdę:
"Mam codziennie dwie osoby, które są mi przydzielone od ponad 20, 25 lat. Mam bardzo ciekawą relację z moim głównym prześladowcą... Mamy do siebie dziwny szacunek. Przeżyliśmy razem kilka naprawdę osobistych chwil".
Granica między nękaniem a ochroną zaciera się w momentach kryzysowych. Okazuje się, że w sytuacji, gdy aktorka została osaczona i poczuła się zagrożona przez obecność stalkera, ratunku nie szukała u stróżów prawa. Pierwszą osobą, do której wyciągnęła rękę o pomoc, był człowiek z aparatem, którego mimo wszystko znała od lat.
"Śledził mnie ktoś, kto z jakiegoś powodu, jak myślałem, chciał mnie skrzywdzić, więc pobiegłam do niego, bo go znałam i mu ufałam. Wiedziałam, że między nami wszystko będzie dobrze" - stwierdziła w niedawnej rozmowie.
Paradoks tej sytuacji nie umknął samej zainteresowanej - Garner wprost nazwała to "dziwnym syndromem sztokholmskim".










