Polski aktor klepał straszną biedę. Nie do wiary, gdzie szukał jedzenia
Bartłomiej Kotschedoff jest ostatnio jednym z najbardziej zapracowanych polskich aktorów. Tylko w 2025 roku zagrał w trzech filmach, spektaklu telewizyjnym i czterech serialach - na planie jednego z nich zakochał się w partnerującej mu koleżance po fachu, Katarzynie Wajdzie. "Długo byłem zamknięty na wszystko i wszystkich. Miłość przyszła późno" - mówi i dodaje, że zanim związał się z Kasią, musiał "przepracować" rozstanie z poprzednią ukochaną.
Nie jest tajemnicą, że kilka miesięcy temu Bartłomiej Kotschedoff zakochał się w grającej u jego boku w "Odwilży" Katarzyny Wajdy. Aktor dopiero teraz zdecydował się wyznać, że Kasia nie jest jego pierwszą wielką miłością.
Z poprzednią partnerką Bartłomiej rozstał się po dwunastu latach wspólnej drogi przez życie.
"Rozstanie po tylu latach brzmi jak cięcie, ale w rzeczywistości było długim dojrzewaniem do prawdy" - stwierdził w najnowszym wywiadzie.
"Byliśmy już tak wypaleni próbą ratowania związku, że jedynym uczciwym gestem okazało się... poddać" - powiedział w rozmowie z "Panią".
Bartłomiej Kotschedoff nie kryje, że przez trzy lata spotykał się na planie "Odwilży" z Katarzyną Wajdą, nie przypuszczając, że kiedyś będą razem. Dopiero podczas zdjęć do trzeciego sezonu serialu zbliżyli się do siebie - ona była świeżo po rozstaniu z mężem, on zdążył już pogodzić się z rozpadem poprzedniego związku.
"Zacząłem się spotykać z ludźmi, wychodzić z nimi na miasto. Wcześniej tak naprawdę nie znałem się z ekipą. Żartowali, że gdybym choć raz wyszedł, mogliby stwierdzić, czy mnie lubią. I wtedy zobaczyłem Kasię" - opowiadał w cytowanym już wywiadzie.
"Po prostu kliknęło. I to była seria zdumień: z dziećmi, z rodziną Kasi, z jej bliskimi. Jakby wszystko samo się układało" - dodał.
Odtwórca roli aspiranta Trepy w "Odwilży" ma ostatnio dobry czas nie tylko w życiu prywatnym. Aktor od dekady praktycznie nie schodzi z planu, gra na potęgę. Żartuje, że nadrabia czas, gdy marzył o jakiejkolwiek roli...
Mało kto wie, że zanim dziesięć lat temu wcielił się w Adolfa Dymszę w serialu "Bodo", klepał taką biedę, że czasami nie stać go było nawet na chleb.
"Łapałem wszystkie epizody, a i tak było ciężko. Chodziłem do Hali Mirowskiej, bo przed zamknięciem sprzedawcy wystawiali to, czego nie udało się im sprzedać, w kontenerach. Obok kręcili się ludzie - weganie, hipisi, squatersi - którzy wyciągali to, co jeszcze można było uratować. Ja razem z nimi" - wspominał na łamach "Pani".
Bartłomiej Kotschedoff od najmłodszych lat miał w życiu "pod górkę". Wychowywał się na wsi, już jako kilkulatek musiał ciężko pracować.
"Rąbałem drewno, nosiłem opał, rozpalałem i pilnowałem, żeby nie wygasło. Ogarniałem podwórko i zwierzęta. Kiedy opowiadam o tym dzieciom mojej partnerki, patrzą na mnie jak na bohatera z baśni. Dla nich przepychanie szamba czy rozpalanie w piecu brzmi jak opowieść z innego wieku" - opowiadał aktor w wywiadzie dla "Pani".
Bartłomiej przyznaje, że dorastał w domu, w którym ojciec był "panem i władcą", a karą za nieposłuszeństwo było lanie. Do dziś pamięta, jak bardzo cierpiał. Latami chodził na terapię, by w końcu przestać bać się ojca.
"Ślady po pasku nie zostają na skórze, zostają w środku" - twierdzi.
Kiedy jego rodzice się rozwiedli, miał 15 lat. Dopiero jednak po osiągnięciu pełnoletności zdecydował się na szczerą rozmowę z tatą.
"Powiedziałem mu wszystko, co czułem" - wspomina, dodając, że ojciec się na niego obraził i na wiele lat wyrzucił go ze swojego życia.
"13 lat bez kontaktu, bez telefonów, bez prób pojednania. Po prostu martwa cisza. Przez lata udawał, że mnie nie ma" - wyznał aktor w najnowszym wywiadzie.
Ojciec odezwał się do niego w 30. urodziny.
"Na początku próbował opowiadać to, co słyszałem całe życie: że tak go wychowano, że 'tak się robiło', że to był 'środek wychowawczy'. Powiedział, że żałuje, że był dla mnie potworem" - mówi Bartłomiej Kotschedoff.
Bartłomiej wie, że ludzie łamią sobie język na jego nazwisku, ale nigdy nawet mu do głowy nie przyszło, by je zmienić. Z dumą mówi, że pochodzi z rodziny z bardzo ciekawą historią.
"Mam wujka historyka. Zbadał nasze korzenie aż od średniowiecza. No i wyszło mu, że nasze nazwisko idzie od Krzyżaków, dokładnie od Zakonu Kawalerów Mieczowych. Część rodziny była w armii zaciężnej, część migrowała. W XIX wieku trafili do Warszawy, a po drugiej wojnie światowej rozeszli się po świecie" - opowiada gwiazdor "Odwilży".
"Jestem trochę z Austrii, trochę z Litwy... W gruncie rzeczy jestem kundlem poskładanym z różnych linii, języków i temperamentów" - żartuje.
