Marta Klubowicz miała 20 lat i była jeszcze studentką, gdy zadebiutowała w filmie "Wakacje z Madonną" i rozkochała w sobie całą Polskę.
Kiedy w 1985 roku odbierała dyplom ukończenia wrocławskiej szkoły teatralnej, miała już na swoim koncie role w "Dziewczętach z Nowolipek" i "Rajskiej jabłoni", serialu "Przyłbice i kaptury" oraz komedii "Och, Karol".
"W drugiej połowie lat 80. właściwie nie robiłam nic ciekawego poza zarabianiem pieniędzy" - żartowała w wywiadzie dla "Echa Dnia", wspominając początki kariery.
Status gwiazdy nie robił na młodej aktorce żadnego wrażenia. Marzyła tylko o tym, żeby - to jej słowa - kochać i być kochaną.
Pierwszego męża poznała podczas wywiadu, drugiego na luksusowym statku
Pewnego dnia o wywiad poprosił Martę dziennikarz "Tygodniowego Ilustrowanego Magazynu" Marek Różycki. Zgodziła się porozmawiać z nim, nie przypuszczając, że wkrótce zostanie jego żoną.
"Od razu między nami zaiskrzyło, więc wywiad zakończył się małżeństwem" - wspominała w rozmowie z "Na żywo".
Niestety, związek Marty i Marka rozpadł się po zaledwie kilkunastu miesiącach. Byli w trakcie rozwodu, gdy aktorka podczas rejsu luksusowym statkiem poznała Gottfrieda Schembera i zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia.
Austriacki biznesmen już po kilku randkach poprosił Martę, by została jego żoną, a ona bez wahania powiedziała mu "tak".
Była świeżo po zdjęciach do telenoweli "W labiryncie", serialu "Pogranicze w ogniu" i filmu "Jeszcze tylko ten las", gdy została żoną Gottfrieda. Ponieważ nie miała w planach żadnej nowej roli, postanowiła odpocząć od aktorstwa.
Choć była u szczytu kariery, zdecydowała się wyjechać z Polski.
Od prawie ćwierć wieku tworzy "rzymskie małżeństwo"
Drugie małżeństwo aktorki trwało nieco dłużej niż pierwsze, ale też nie przetrwało próby czasu.
Pewnego dnia mąż zostawił Martę bez słowa. W jednej chwili straciła nie tylko partnera, ale również mieszkanie w Wiedniu i dom w Alpach. Nie pozostało jej nic innego, jak wrócić do Warszawy, gdzie - o czym bardzo szybko się przekonała - wcale nie czekano na nią z otwartymi ramionami.
"Przez tę nieszczęsną wiedeńską emigrację wyszłam z obiegu towarzyskiego. Zapomniano o mnie. Musiałam zaczynać wszystko od początku" - żaliła się w rozmowie z "Angorą".
Na przełomie wieków Marta Klubowicz zagrała niewielkie role w "Klanie" i "Na dobre i na złe", wystąpiła w "Miasteczku" oraz "Na Wspólnej".
Los sprawił, że w 2002 roku zainteresował się nią mieszkający w Berlinie dramaturg i reżyser Fred Apke. Zachwyciła go jako Goplana w "Balladynie", którą Jan Machulski wyreżyserował w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie.
Apke zaproponował Marcie rolę w przedstawieniu "Peer Gynt", które planował wystawić w bawarskim Stadttheater Fürth.
Niedługo po premierze poprosił ją o przetłumaczenie na język polski jednej ze swoich sztuk. "Kura na plecach", bo taki nosiła tytuł, trafiła później na afisz warszawskiego Teatru Na Woli. Marta Klubowicz zagrała w niej główną rolę.
Jako kobieta bywa szczęśliwa, jako aktorka jest spełniona. Żałuje tylko jednego
Marta i Fred stali się nierozłączni i w pracy, i w życiu prywatnym. Aktorka mówi dziś o dramaturgu, że jest jej "nieślubnym mężem" i najbliższym przyjacielem.
"Przyjaźnimy się, a to wydaje mi się podstawą, żeby tego drugiego człowieka lubić, a nie tylko kochać. Mamy też to szczęście, że nigdy się ze sobą nie nudzimy" - zwierzyła się dziennikarce "Urody życia".
Marcie Klubowicz udało się po powrocie z emigracji, jak sama mówi, ponownie zaistnieć i, co ważniejsze, przetrwać w zawodzie. Choć jako aktorka nie może narzekać na brak ofert, nie ogranicza swojej aktywności jedynie do grania.
"Reżyseruję, piszę wiersze i jestem tłumaczką. Tłumaczeniem zajmuję się bardzo regularnie, nauczyłam się trochę tego fachu i wykonuję go uczciwie" - opowiadała "Nowościom".
Pytana, czy jest szczęśliwa, Marta mówi, że jako kobieta bywa szczęśliwa, a jako aktorka, poetka i tłumaczka jest po prostu spełniona.
"Udało mi się w życiu robić to, co chciałam. Zagrałam w paru spektaklach i filmach, które coś ludziom dały. Przetłumaczyłam wiele wartościowych sztuk, napisałam kilkaset wierszy. Jakoś przeżyłam na takim poziomie, który mnie zadowala, nie popadając w długi. Nie narzekam" - wyznała na łamach "Urody Życia".
"Żałuję tylko, że nie poznałam smaku macierzyństwa. Coś pięknego mnie w życiu ominęło, ale już się z tym pogodziłam" - dodała.







