Michał Milowicz zawdzięcza mu to, kim jest. Żałuje tylko jednego

Michał Milowicz - odtwórca roli Tymona Mroziewicza w "Klanie” - twierdzi, że urodził się po to, żeby grać i śpiewać. Odkąd pamięta, chciał zostać aktorem. Po maturze nieoczekiwanie poszedł na Akademię Wychowania Fizycznego, zamiast zdawać do szkoły teatralnej. Przypadek sprawił, że postanowił jednak zrealizować swoje dziecięce marzenia.

Michał Milowicz zawsze z wielkim szacunkiem mówi o swoim zmarłym niespełna pięć lat temu ojcu.

"Tato był szlachetnym, zacnym, pełnym ciepła, empatii i mądrości człowiekiem" - napisał po śmierci Jerzego Milowicza.

"Rozmawiam z nim, kiedy idę 1 listopada na Powązki. Myślę, że mnie słyszy. Czuję to" - wyznał.

Poszedł za głosem serca i trafił na nowojorski Broadway

Ojciec był idolem swojego jedynego syna i jego mentorem.

"W młodości zdawał do szkoły teatralnej, ale nie dostał się. Został dziennikarzem, krytykiem filmowym" - opowiadał aktor w rozmowie z Żurnalistą.

Kino było wielką miłością Jerzego Milowicza. Co tydzień zabierał syna na jakiś film. Razem obejrzeli "Wejście smoka" i "Grease", które miały ogromny wpływ na życie Michała.

Reklama

"Najpierw chciałem być jak Bruce Lee, chodziłem na karate, ale uczyłem się walk nie po to, żeby się bić, ale żeby się bronić. A kiedy potem zobaczyłem Johna Travoltę, pomyślałem, że też tak chcę" - wspominał w "Rozmowach bez kompromisów".

Michał Milowicz od dzieciństwa pasjonował się sportem, ale pociągała go również scena.

"W przedszkolu tańczyłem, przebierałem się za różne postacie, a w domu recytowałem wiersze, wychylając się zza kotary, którą udawały zasłony w pokoju" - wyznał Żurnaliście.

Po maturze zdecydował się na kontynuowanie nauki na Akademii Wychowania Fizycznego. Był na drugim roku, gdy ojciec pokazał mu ogłoszenie o castingu do musicalu "Metro". Zgłosił się na przesłuchanie i dostał rolę. Rzucił studia i poszedł za głosem serca, który zaprowadził go aż na nowojorski Broadway.

Wychowywał się w domu przepełnionym miłością

Ojciec bardzo się cieszył, że Michał spełnia nie tylko swoje, ale również jego marzenia. Nigdy niczego mu nie narzucał, wspierał we wszystkim i pilnował, żeby nic złego mu się nie stało.

"Dzięki niemu ukształtowała się moja osobowość, za co zawsze będę mu wdzięczny" - napisał Michał po śmierci taty.

"Był duszą towarzystwa. Kochał życie. Do końca promienny, uśmiechnięty, pełen optymizmu" - dodał.

Aktor nie kryje, że ojciec na wiele mu pozwalał, ale też dużo od niego wymagał.

"Mogłem pójść pograć w piłkę z kolegami, ale wcześniej musiałem odrobić lekcje. Mama była zupełnie inna, łagodniejsza" - twierdzi gwiazdor "Klanu".

"Była i ciągle jest moją opiekunką, taką z sercem na dłoni. I opoką. Dom, w którym się wychowałem, był przepełniony miłością. To jej zasługa" - mówi.

Żałuje, że jego ojciec nie doczekał narodzin wnuka

Michał Milowicz doskonale pamięta, jak mama, zamiast kołysanek, nuciła mu na dobranoc piosenki Elvisa Presleya.

"Pokochałem króla rock and rolla już w kołysce" - żartuje.

"Kiedy trochę podrosłem, chciałem mieć gitarę tak jak on. Dostałem ją w prezencie na 13. urodziny. Sam nauczyłem się na niej grać. Przy każdej okazji śpiewałem hity Elvisa" - wspominał w wywiadzie dla "Gazety Współczesnej".

Michał bardzo żałuje, że jego ojciec nie doczekał narodzin wnuka. Jest przekonany, że byłby wspaniałym dziadkiem.

Syn Maurycy jest oczkiem w głowie aktora.

"Czekałem na niego pół życia. Chciałbym być dla niego takim tatą, jakim mój był dla mnie" - wyznał podczas wizyty u Żurnalisty.

Źródło: AIM
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL