Studia aktorskie to czas wytężonej pracy, ale - jak na wszystkich studiach - także zabawy, biedowania i nawiązywania przyjaźni, które często zostają na całe życie. W szkołach teatralnych spotykają się ludzie o zupełnie różnych charakterach, temperamentach i przyzwyczajeniach. Aż trudno uwierzyć, że niektórych z nich łączyły nie tylko zajęcia, lecz także wspólny pokój, kuchnia i łazienka. Jedni do dziś z rozrzewnieniem opowiadają o tamtych latach, inni wolą wspominać je z przymrużeniem oka.
Adam Woronowicz chodził na mszę, Jan Wieczorkowski szalał na imprezach
Adam Woronowicz i Marcin Dorociński poznali się podczas studiów w warszawskiej Akademii Teatralnej. Przez pewien czas dzielili pokój w akademiku na osiedlu "Przyjaźń" na Jelonkach. Chociaż mieszkali pod jednym dachem, każdy przeżywał studenckie lata na swój sposób.
Dorociński zapewniał, że w tamtym czasie nie ciągnęło go ani do alkoholu, ani do studenckich szaleństw.
- Przez całe studia nie paliłem, nie piłem alkoholu. Sumiennie chodziłem na zajęcia. Dopiero później przyszedł stres związany z pracą, zaczęło do mnie docierać, w co się wpakowałem. Prof. Jan Skotnicki mawiał, że aktor, opuszczając szkołę teatralną, jest jak astronauta, który się wypuścił w kosmos i nagle mu kombinezon pierdolnął. Musi walczyć i czasem różnie się to kończy. Ale ja wyszedłem z domu z tak wyklepanym kręgosłupem, że nie w głowie mi były fanaberie - wspominał aktor.
Równie zdyscyplinowany był Woronowicz, choć w jego przypadku ogromną rolę odgrywała wiara. Kiedy przyjechał do Warszawy, zabrał z rodzinnego domu przedmioty, które miały dawać mu poczucie bezpieczeństwa.
- Zabrałem ze sobą do Warszawy krzyż i obrazek Matki Bożej Częstochowskiej. Powiesiłem je sobie nad łóżkiem. Przyszło mi do głowy, aby przed zajęciami iść następnego dnia na mszę świętą do kapucynów na 8. I tak zostało przez cztery lata - opowiadał po latach.
Aż trudno uwierzyć, że przez pewien czas trzecim lokatorem był Jan Wieczorkowski. W przeciwieństwie do statecznych kolegów rzadko jednak przesiadywał w akademiku. Miał wówczas zupełnie inne priorytety.
- Przyznaję, szalałem na imprezach. Byłem pewny, że przehulam życie - wspominał.
Po wielu latach Woronowicz i Dorociński ponownie spotkali się, tym razem już jako uznani aktorzy, na planie filmu "Teściowie". Kto wie, czy między kolejnymi scenami nie wspominali pokoju na Jelonkach i współlokatora, którego znacznie łatwiej było spotkać na imprezie niż w akademiku.
Wojciech Malajkat kontra Zbigniew Zamachowski. Poszło o bałagan
Wojciech Malajkat i Zbigniew Zamachowski przyjaźnią się od czasów studiów w łódzkiej filmówce. Łącząca ich zażyłość nie oznacza jednak, że wspólne mieszkanie zawsze przebiegało bezproblemowo. Największe spory wybuchały z bardzo prozaicznego powodu: bałaganu.
Malajkat miał znacznie większą potrzebę porządku niż jego kolega. Kiedy w pokoju nie dało się już swobodnie poruszać, zazwyczaj sam zabierał się do pracy.
- Kłóciliśmy się o to, że trzeba sprzątnąć, bo już się nie da przejść... Musiałem sprzątać sam. Używaliśmy różnych argumentów. "Ty Niemcu" - krzyczał Lolo, mimo że jestem ledwie Niemcem półkrwi. Albo: "Co ty możesz wiedzieć! Przecież jesteś z Mrągowa". Też mi argument od kogoś, kto pochodzi z Brzezin - żartował Malajkat.
Nawet najostrzejsze sprzeczki nie trwały jednak długo. Koledzy starali się od razu wyjaśniać nieporozumienia, żeby oczyścić atmosferę. Dzięki temu ich przyjaźń przetrwała próbę nieposprzątanego pokoju, a później także dziesięciolecia pracy w tym samym środowisku.
Krzysztof Tyniec kupił Pieczyńskiemu bilet. Ten wyjazd zmienił wszystko
Krzysztof Pieczyński i Krzysztof Tyniec wydają się aktorami różniącymi niemal pod każdym względem. Ich drogi skrzyżowały się jednak jeszcze przed rozpoczęciem studiów. Przed egzaminami wstępnymi do warszawskiej szkoły teatralnej mieszkali w jednym pokoju w akademiku.
Kiedy Pieczyński nie został przyjęty do stołecznej PWST, postanowił spróbować szczęścia w Krakowie. Miał jednak poważny problem: nie wystarczało mu pieniędzy na podróż. Wtedy z pomocą przyszedł Tyniec.
- Zaprzyjaźniliśmy się. Miałem przy sobie trochę więcej pieniędzy niż Krzysiek, kupiłem bilety. Pojechaliśmy razem, były dwa miejsca i Krzysiek się dostał! - wspominał Tyniec w "Super Expressie".
Jeden kupiony w odpowiedniej chwili bilet pomógł więc Pieczyńskiemu rozpocząć trwającą przez dekady karierę. Jak się okazuje, studenckie przyjaźnie przydawały się nie tylko podczas imprez i wspólnego zakuwania do egzaminów.
Kożuchowska i Kulesza kłóciły się o gary. Na imprezach mieściły dziesiątki osób
Małgorzata Kożuchowska i Agata Kulesza poznały się na studiach w Warszawie. Wspólnie wynajmowały niewielką kawalerkę i, mimo różnic charakterów, wyjątkowo dobrze znosiły codzienne przebywanie ze sobą.
- Bardzo dobrze nam się mieszkało, z dużym szacunkiem, mimo tego, że jesteśmy bardzo różne. Pokłóciłyśmy się raz, o to, kto ma zostać z hydraulikami - wspominała Kulesza.
Kożuchowska natychmiast sprostowała jej słowa:
- Dwa razy. Raz o hydraulików, raz o gary w zlewie.
Brudne naczynia okazały się jednak zbyt błahym powodem, by zaszkodzić ich przyjaźni. Aktorki słynęły wśród znajomych z otwartego domu i organizowania hucznych imprez. Nie przeszkadzało im nawet to, że ledwo wiązały koniec z końcem.
- Serek Almette był luksusem, ale nie przeszkadzało nam to w zorganizowaniu imprezy dla kilkudziesięciu osób w tym wspólnym pokoiku. Nasza gościnność była tak znana, że nawet gołębica zamieszkała któregoś dnia za... telewizorem. A gdy wyjeżdżałyśmy za granicę, to z fasonem: z tostami i pastą rybną autokarem do Rzymu - opowiadała Kożuchowska.
Ich znajomość przetrwała wejście obu aktorek do pierwszej ligi polskiego kina i teatru. Chociaż każda poszła własną zawodową drogą, sentyment do ciasnej kawalerki, tostów z pastą rybną i gołębicy za telewizorem pozostał.
Katarzyna Zielińska dzieliła mieszkanie z dwiema przyszłymi gwiazdami
Studenckie mieszkanie połączyło także Katarzynę Zielińską, Magdalenę Popławską i Melę Koteluk. Dwie z nich zostały aktorkami, trzecia zrobiła karierę muzyczną, ale różne zawodowe drogi nie przeszkodziły im zachować bliskiego kontaktu.
Po latach Zielińska opublikowała w mediach społecznościowych ich wspólne zdjęcie z młodości. Fotografia wzbudziła ogromne zainteresowanie internautów. Niektórzy mieli nawet problem z rozpoznaniem Meli Koteluk, która wyglądała wówczas zupełnie inaczej niż obecnie.
Sama piosenkarka odezwała się pod postem dawnej współlokatorki:
- Ziele kochane, mam takie wrażenie, że czas bije na naszą korzyść. Tego się trzymamy!
Wygląda na to, że wspólny dach stał się początkiem przyjaźni, której nie zaszkodził ani upływ czasu, ani kariery rozwijane w różnych częściach artystycznego świata.
Beata Tyszkiewicz wywalczyła Czyżewskiej miejsce w "Dziekance"
Wspólne mieszkanie Beaty Tyszkiewicz i Elżbiety Czyżewskiej nie było dziełem przypadku. Tyszkiewicz zamieszkała w słynnej "Dziekance" przy Krakowskim Przedmieściu, przeznaczonej dla studentów warszawskich szkół artystycznych.
- Mieszkałam w jednym pokoju z Elą Czyżewską i jeszcze dwiema innymi dziewczynami. Z pieniędzmi było wówczas naprawdę bardzo krucho - opowiadała.
Czyżewskiej początkowo nie przysługiwał akademik, ponieważ była zameldowana w Warszawie. Jej sytuacja domowa była jednak bardzo trudna. Maleńki pokój dzieliła z siostrą i matką, a w mieszkaniu brakowało miejsca zarówno do nauki, jak i przygotowywania ról.
Tyszkiewicz odwiedziła koleżankę i na własne oczy zobaczyła, w jakich warunkach żyje.
- Zobaczyłam, że ona nie ma nie tylko swojego pokoju, ale nawet swojego kąta. Poszłam więc do prorektora Baczyńskiego, prosząc, aby w tak wyjątkowej sytuacji przyznał jej miejsce w "Dziekance". Udało się i od tej pory mieszkała razem ze mną w pokoju - wspominała.
Aktorki różniło pochodzenie, wychowanie i życiowe doświadczenia, ale bardzo się zaprzyjaźniły. Studencka bieda również zbliżała ludzi. Tyszkiewicz opowiadała, że koleżanki żywiły się między innymi owocowymi galaretkami, żeby nie jeść ciężkich obiadów.
- Zresztą Elżbieta całe życie jadła tyle, co nic, skubnęła coś tam na bankietach, tylko piła czarną kawę i paliła papierosy - wspominała Tyszkiewicz.
Przyznanie miejsca w "Dziekance" było czymś więcej niż zwykłą koleżeńską przysługą. Czyżewska zyskała wreszcie przestrzeń, w której mogła uczyć się i pracować nad rolami. Wkrótce miała zostać jedną z największych gwiazd swojego pokolenia.

Ignacy Gogolewski nie wytrzymywał bałaganu Romana Kłosowskiego
Barwny akademikowy tercet tworzyli również Ignacy Gogolewski, Roman Kłosowski i ich kolega Gustaw Koliński. Każdy z nich miał inne przyzwyczajenia, co nieuchronnie prowadziło do spięć.
Gogolewski był pedantem. Zawsze chodził starannie ubrany i pachnący, dlatego koledzy nazywali go "Lalunią". Kłosowski należał natomiast do ludzi, którym bałagan zupełnie nie przeszkadzał.
- Starałem się dostosować raz do bałaganu, drugi raz do rozpylanej przez Fiolkę, modnej wówczas wody kolońskiej Przemysławka. Kiedy sytuacja w pokoju stawała się nie do wytrzymania, uciekałem… - wspominał po latach Gogolewski.
Roman Kłosowski żartował, że we wspomnieniach kolegi wyglądało to jak studencki "łzawy horrorek", w którym role zostały wyraźnie rozdzielone: był "ofiara Gucio, sierotka Inek i wampirek bałaganiarz Kłos".
I właśnie takie były studenckie mieszkania przyszłych gwiazd: ciasne, niedogrzane, zastawione brudnymi naczyniami, pełne dymu papierosowego i zapachu taniej wody kolońskiej. Jedni uciekali z nich na imprezy, inni do kościoła, a jeszcze inni chwytali za ścierkę, bo nie dało się już przejść. Dziś mieszkają zupełnie inaczej, ale chyba żaden luksusowy apartament nie dostarczy im już tylu historii, co kilka metrów studenckiego pokoju.









