Karol Strasburger to prawdziwa legenda polskiej telewizji. Urodzony 2 lipca 1947 roku w Warszawie absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej po raz pierwszy stanął na deskach teatru pod koniec 1971 roku. Największą ogólnokrajową sympatię i status ikony zyskał jednak w 1994 roku, gdy po raz pierwszy poprowadził teleturniej "Familiada". Na swoim koncie ma także liczne role w popularnych serialach, takich jak "Na Wspólnej", "Pierwsza miłość" czy "Na dobre i na złe".
Przez lata uwaga mediów skupiała się jednak nie tylko na jego karierze zawodowej, ale również na życiu prywatnym. Kilka lat po tym, jak został wdowcem, Strasburger związał się ze swoją menadżerką, Małgorzatą Weremczuk. Kilka miesięcy po ślubie na świecie pojawiła się ich córka, Laura. Związek od początku budził duże emocje w mediach - przede wszystkim ze względu na fakt, że żona prezentera jest od niego młodsza o 37 lat. Mimo plotek para nie ukrywa swojego szczęścia, a sam Strasburger wielokrotnie powtarzał, że ma do siebie ogromny dystans i lubi dobre żarty. Istnieje jednak granica, której przekroczyć nie pozwala.
Granic żartu przekroczona
W ostatnim czasie Karol Strasburger znalazł się na celowniku popularnego stand-upera, Błażeja Krajewskiego. Komik zdobył ogromną popularność w sieci dzięki trafionym parodiom prowadzącego "Familiadę", a jego filmiki z cyklu "Hamburger show" notują milionowe wyświetlenia.
Jak się okazuje, sam zainteresowany widział skecze na swój temat i ma względem nich mieszane uczucia. W rozmowie z "Telemagazynem" przyznał otwarcie:
"Wiem, że on to robi. Robi to dobrze, ale jest małe 'ale'. Jest granica, która we mnie istnieje, czyli niewnikanie w bardzo osobiste i prywatne rzeczy. Nie jestem specjalnie zadowolony z faktu, że wyśmiewamy się i żartujemy z żony, dziecka, z naszego związku."
Prezenter wyjaśnił również, dlaczego takie podejście bywa dla jego bliskich krzywdzące. Zwrócił uwagę na mechanizm internetowego hejtu, który często napędzany jest przez pozornie niewinne dowcipy:
"Są uszczypliwości, które wyglądają niby dowcipnie, ale mają w sobie coś takiego, że ludzie, którzy na to patrzą, zaczynają się zastanawiać, czy to nie jest aby na pewno prawda. Potem zaczynają pisać negatywne komentarze itd." - tłumaczył.
Na koniec Strasburger skierował bezpośredni apel do twórcy parodii:
"Takie zbyt duże utożsamianie się i wnikanie w bardzo osobiste rzeczy, zostawiłbym z boku, drogi Błażeju, jak mogę tak w ten sposób" - podsumował.
Myślicie, że popularny stand-uper weźmie sobie do serca słowa legendy telewizji?











