Filip Łobodziński, którego widzowie wciąż pamiętają jako Dudusia z "Podróży za jeden uśmiech" oraz filmowego Julka Seratowicza ze "Stawiam na Tolka Banana", świętuje 22. rocznicę ślubu. Z tej okazji opublikował na Facebooku archiwalne zdjęcie i opowiedział o uroczystości, która odbyła się 14 sierpnia 2004 roku.
"Dwadzieścia dwa lata temu przez całe przedpołudnie kropiło" - rozpoczął swoje wspomnienie.
Deszcz nie przeszkodził podczas ceremonii, ponieważ ta odbywała się pod zadaszeniem. Znacznie większy niepokój mogło budzić wesele zaplanowane w barze pod gołym niebem - konstancińskiej Chacie Wuja Toma.
Najpierw została jego matką chrzestną, potem żoną
Uwagę zwraca jedno z określeń, którego Łobodziński użył we wpisie. Wspominając moment składania małżeńskiej przysięgi, napisał, że sakramentalne "owszem" wypowiadał wraz ze "swoją matką chrzestną". Nie był to żart ani czuły pseudonim nadany ukochanej.
Łobodziński wychował się w niewierzącej rodzinie i jako dziecko nie został ochrzczony. O swojej stopniowej drodze do Kościoła opowiedział m.in. w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej". Przyznał, że ostateczną decyzję o przyjęciu chrztu podjął po zaręczynach z Mają.
"Maja jest osobą głęboko wierzącą, ale nie stawiała mi żadnych warunków" - podkreślił w rozmowie z Robertem Mazurkiem.
Jak informował z kolei Pomponik, przyszły aktor dziecięcy przyjął chrzest jako 45-letni mężczyzna, zaledwie dwa miesiące przed kościelnym ślubem. To właśnie Maja została jego matką chrzestną. Niedługo później stanęła u jego boku przed ołtarzem już jako narzeczona.
Pogoda zmieniła się w ostatniej chwili
Małżonkowie zaprosili na wesele wyłącznie przyjaciół i znajomych. Goście mieli pojawić się o godz. 17, tymczasem przez większą część dnia nie przestawało mżyć. Na szczęście tuż przed rozpoczęciem przyjęcia nastąpił pogodowy przełom.
"Ale się zmyło i od czwartej pogoda była podręcznikowa, a potem wręcz optymalna. I nawet komary chyba nie rypały" - wspominał z właściwym sobie poczuciem humoru Łobodziński.
Po uroczystości goście mieli zapewniać nowożeńców, że nigdy wcześniej nie bawili się na równie "odjazdowym i fajnym" weselu. Dla Mai i Filipa był to jednak dopiero początek wspólnej drogi.
O początkach ich uczucia Łobodziński opowiedział także w autobiografii "Filip Łobodziński?". Maja była jego koleżanką z liceum, ale dopiero po latach, podczas spotkania klasowego, odkryli, jak wiele ich łączy. Wkrótce zostali parą, zamieszkali razem, a w sierpniu 2004 roku - jak obrazowo napisał - "zwarli się ostatecznie poprzez obrączki".
W ciągu kolejnych 22 lat los nie szczędził im bolesnych doświadczeń. Największą tragedią w życiu Łobodzińskiego była śmierć jego 21-letniej córki Marii, która w 2015 roku przegrała walkę z chorobą nowotworową. Sam dziennikarz również zmagał się z nowotworem, jednak przeprowadzona operacja zakończyła się powodzeniem.
"Dużo przeszliśmy wspólnie - sukcesów i dramatów, uniesień i tragedii, zwycięstw i rozczarowań. I się turlamy" - podsumował rocznicowy wpis.
Najpierw połączyła ich szkolna znajomość, później chrzest i małżeńska przysięga. Po 22 latach Filip i Maja Łobodzińscy wciąż "turlają się" razem przez życie - i najwyraźniej nie zamierzają zmieniać obranego kierunku.







