O tym, że jego żona spodziewa się bliźniąt, Jerzy Turek dowiedział się wcześniej niż ona. Bolesława, zwana przez ukochanego Lesią, wysłała aktora do przychodni, by odebrał zrobione jej poprzedniego dnia zdjęcie rentgenowskie. W drodze do domu otworzył kopertę, wyciągnął z niej sporych rozmiarów kliszę, podniósł ją pod światło i nogi się pod nim ugięły...
"Są dwie rzeczy w życiu, których mężczyzna najmniej się spodziewa: bliźnięta" - żartował, gdy 24 marca 1964 roku powitał na świecie dwóch chłopców.
Koledzy z teatru załatwili mu mieszkanie
Państwo Turkowie byli dopiero półtora roku po ślubie, mieszkali w wynajmowanej kawalerce, z trudem wiązali koniec z końcem, bo Lesia wciąż jeszcze studiowała, a Jerzy - choć był już znanym aktorem - nie dostawał najwyższych gaży za swoje występy przed kamerą i na scenie.
Gdy ich synkowie przyszli na świat, przyjaciele świeżo upieczonego taty z Teatru Polskiego pomogli mu wybrać imiona, bo ani on, ani jego żona nie mieli na nie pomysłu. Stanęło na Piotrze i Pawle, żeby chłopcy mogli obchodzić razem nie tylko urodziny, ale też imieniny. Po chrzcinach ci sami koledzy wysłali delegację do siedziby Rady Narodowej na pl. Bankowym, by upomnieć się o mieszkanie dla aktora i jego rodziny. Na czele delegacji stanął Mariusz Dmochowski, dla którego - tak przynajmniej o nim mówiono - nie było sprawy nie do załatwienia, co udowodnił, wracając z urzędu z przydziałem dla Turków na M-4 w jednym z bloków przy Parku Sowińskim.
Bolesława zrezygnowała z nauki na Wydziale Chemii Politechniki Warszawskiej, by zajmować się dziećmi. Dopiero kiedy Piotr i Paweł poszli do pierwszej klasy, zdała eksternistyczny egzamin w pomaturalnej Państwowej Szkole Technicznej i podjęła pracę laborantki w szpitalu. Rodzina była dla niej najważniejsza.
Kobietę swego życia poznał w domu kolegi po fachu
Bolesława Masłowska miała 16 lat, gdy opuściła Nową Wieś w należącej już wówczas do Białorusi Wileńszczyźnie i wraz z ostatnią grupą repatriacyjną kresowiaków udała się na zachód w poszukiwaniu lepszego życia. Trafiła do Lądka Zdroju, gdzie stryj załatwił jej dorywczą pracę kelnerki w ośrodku wczasowym wypełnionym po brzegi członkami ekipy filmowej kręcącej akurat w okolicy "Bazę ludzi umarłych".
Dziewczyną zainteresował się grający w filmie Czesława Petelskiego Roman Kłosowski. Aktorowi zrobiło się żal Bolesi, że - zamiast uczyć się i korzystać z uroków młodości - ciężko pracuje. Zaproponował, by przyjechała do Warszawy, a że niedawno urodził mu się syn, zaoferował jej wikt i opierunek w zamian za pomoc w opiece nad Tomaszkiem.
Nastoletnia kresowianka poczuła się, jakby wygrała los na loterii. Nie przypuszczała, że u państwa Kłosowskich, którzy przyjęli ją pod swój dach, pozna mężczyznę swego życia.
Jerzy Turek przyjaźnił się z Romanem i jego żoną, a odkąd zamieszkała z nimi piękna panna Masłowska, wykorzystywał każdą okazję, by wpaść do nich na Mokotów. Był niezwykle upartym adoratorem, Krystyna Kłosowska miała nawet do niego pretensje, że odciąga Lesię od nauki, ale w głębi serca kibicowała mu i była zadowolona, że to on smali cholewki do jej podopiecznej.
Nikt nie wiedział, jak pomóc jego synowi
Był 6 października 1962 roku, gdy Jurek i Lesia podpisali w USC w Kobyłce akt zawarcia małżeństwa. Dwa tygodnie później potwierdzili - tym razem przed ołtarzem w kościele św. Augustyna na Nowolipkach - że chcą być razem na dobre i na złe.
Synowie państwa Turków byli pełnymi życia, żądnymi ciągle nowych wrażeń dzieciakami. Bliźniacy bardzo się różnili - Pawełek wyglądał jak miniatura taty, Piotrek odziedziczył urodę po mamie. Uczyli się znakomicie, bo obu im zależało, żeby mieć lepsze oceny niż ten drugi, zachowywali się nienagannie, rodzice naprawdę nie mieli z nimi problemów.
Mieli 13 lat, gdy Paweł nagle zachorował i trafił do szpitala dziecięcego przy ul. Litewskiej, tuż obok Teatru Rozmaitości, w którym grał wtedy jego ojciec. Aktor krążył między szpitalem a teatrem. Choć cały czas myślami był przy synu, nie zawalił ani jednego spektaklu, ani jednej próby. Sen z powiek spędzała mu świadomość, że nie umie pomóc Pawłowi, bo nie wie nawet, co mu dolega.
Zobacz również:
Lekarze bezradnie rozkładali ręce, nie umieli postawić diagnozy. Kalina Jędrusik poradziła Jerzemu, by zwrócił się po pomoc do ks. Klimuszki. Aktor nie wierzył w cudowne uzdrowienia, ale uznał, że jeśli nie spróbuje wszystkiego, by ratować syna, nigdy sobie tego nie wybaczy.
Do Elbląga zawiózł go kolega.
"Klimuszko zapisał zioła. Kiedy przyjechałem z naparem do szpitala, syn powiedział: 'To chyba mi pomoże'. Nie pomogło... Odszedł" - wspominał Jerzy Turek po latach w rozmowie z autorem książki "Zapatrzeni".
Po stracie syna bardzo się zmienił. "Byłem zupełnie innym człowiekiem"
Aktor przez pół roku po śmierci syna co noc widywał Pawła w snach.
"Cieszyłem się, że idę spać, bo wtedy rozmawialiśmy, bawiliśmy się, planowaliśmy - tak, jakby żył. Mówią, że jak człowiek umiera, to nie ma nic, a to nieprawda" - wyznał w cytowanym już wywiadzie.
Bolesława przekonała męża, by jak najszybciej zmienili mieszkanie, uciekli od ciekawskich spojrzeń sąsiadów. Przede wszystkim musieli zająć się Piotrem, odizolować go od tego wszystkiego, co przypominało mu brata i sprawiało niewyobrażalny ból. Oni też potrzebowali zmiany.
Zamieszkali w trzypiętrowym bloku przy ul. Lazurowej, z góry przewidując, że i tam długo nie zagrzeją miejsca. W końcu przeprowadzili się do podwarszawskiej Kobyłki, gdzie Jerzy się wychował i gdzie mieszkali jego rodzice. Chcieli być bliżej... Pawła, którego pochowali na miejscowym cmentarzu.
"Do czterdziestego roku życia byłem zupełnie innym człowiekiem. Zanim syn mi zmarł. Od tego czasu życie mi się straszliwie zmieniło. Z takim garbem już się do śmierci chodzi, nie pogodzę się z tym aż do końca" - powiedział autorowi "Zapatrzonych".
Jego ostatnią wolą było spocząć obok syna
Jerzy Turek bardzo długo po tragedii, jaka spotkała jego rodzinę, nie potrafił się uśmiechać. Gdy było mu bardzo źle, jechał na ryby. Najgorsze chwile przetrwał dzięki Lesi i pracy. Ostatnie lata życia oddał listonoszowi Józefowi, którego grał w "Złotopolskich", dopóki zdrowie mu na to pozwalało.
W lipcu 2009 roku aktor przeszedł udar mózgu, niedługo potem zdiagnozowano u niego białaczkę. Zmarł 14 lutego 2010 r., niespełna miesiąc po 76. urodzinach. Odszedł otoczony ludźmi, których kochał ponad wszystko. Była przy nim Lesia, Piotr i wnuczka Aleksandra.
Ostatnią wolą Jerzego Turka było, żeby spocząć obok Pawła. Leżą w jednym grobie na Cmentarzu Nowym w Kobyłce.










