Była żoną polskiego uwodziciela. Kochała go, ale nie chciała z nim mieszkać

Olena Leonenko dopiero po śmierci Janusza Głowackiego, z którym przez prawie dwadzieścia lat szła przez życie, wyznała prawdę o swoim małżeństwie ze sławnym pisarzem. "Trzymał mnie na krótkiej smyczy. Kilka razy mu się z niej zerwałam" - mówi kompozytorka, pieśniarka i aktorka, znana m.in. z "Barw szczęścia" i "Bez skrupułów".

Kiedy Olena Leonenko poznała Janusza Głowackiego, od razu wiedziała, że to mężczyzna, na jakiego czekała całe życie. W pisarzu dobiegającym już wtedy sześćdziesiątki zakochała się od pierwszego wejrzenia.

"Po premierze jego sztuki, do której przygotowywałam oprawę muzyczną i choreografię, Janusz wyjechał do Nowego Jorku. Dzwonił kilka razy dziennie. Troszczył się o mnie. Niespostrzeżenie wszedł w moje życie i wypełnił je. To się zaczęło w 1998 roku i trwa do dziś" - opowiadała w rozmowie z "Expressem Ilustrowanym" jeszcze za życia Głowackiego.

Reklama

Nie jest tajemnicą, że Janusz dla Oleny rozwiódł się z pierwszą żoną i przeprowadził z Ameryki do Polski.

Kilka razy odchodziła od męża, ale zawsze wracała

Olena Leonenko nie kryje, że Janusz był mężczyzną o wielkim uroku.

"Był uwodzicielem. Wiele kobiet w różnym wieku kochało się w nim" - wspominała w wywiadzie dla "Vivy!".

Aktorka i pisarz nie potrafili bez siebie żyć, a mimo to wkrótce po ślubie zdecydowali, że będą mieszkać osobno.

"Wynajęłam studio przy Grzybowskiej, gdzie mogłam dłużej spać i mieć próby z muzykami. A poza tym Janusz miał poważne kłopoty ze snem. Brał proszki. Czasem zasypiał po nich, a czasem nie. Denerwowało mnie to, bo leżałam obok i widziałam jego męki z powodu bezsenności" - opowiadała Krystynie Pytlakowskiej.

Uchodzili za zgodną i szczęśliwą parę, ale zdarzały im się ostre kłótnie.

"Cały czas zajmowałam się jego sprawami, spieraliśmy się. Kiedy redagowaliśmy jego książkę 'Z głowy', powiedziałam mu, że na jednej ze stron jest 30 razy 'że' i albo to poprawi, albo odchodzę od niego. To była nasza najpoważniejsza kłótnia, ale udało się - zmusiłam Janusza do poprawek" - wspominała Olena Leonenko w rozmowie z "Vivą!".

"Oczekiwał, że całkowicie mu się podporządkuję. Kilka razy od niego odchodziłam" - opowiadała "Expressowi Ilustrowanemu".

Była przy ukochanym, gdy na zawsze zamknął oczy

Pochodząca z Ukrainy artystka nie może sobie wybaczyć, że w środku lata 2017 roku dała się namówić mężowi na podróż do Egiptu.

"Wcześniej byliśmy w Juracie i tam cały czas padał deszcz. Janusz powiedział, że jest przemęczony, musi skończyć książkę i nabrać sił, poleżeć na słońcu, popływać. Powiedziałam mu, że w Afryce ja go nie uratuję, gdyby się coś stało. Odparł, że to jest poza dyskusją" - wspominała w cytowanym już wywiadzie.

Olena bała się wyprawy do Marsa Alam w najgorętszym miesiącu roku, bo wiedziała, że jej ukochany ma nadciśnienie. Do Egiptu wzięli ze sobą ciśnieniomierz i leki.

"Dzień przed śmiercią poszedł popływać. Był straszny upał. W pokoju żalił się, że jest mu za gorąco. Poprosiłam, żebyśmy pojechali do szpitala. Odmówił" - wyznała "Vivie!".

"Do końca nie zdawał sobie sprawy z tego, że umiera. W ostatnich godzinach mówił, że chce żyć" - dodała.

Janusz Głowacki odszedł 19 sierpnia 2017 roku. Olena Leonenko była przy nim - zmarł w jej ramionach. Aktorka do dziś nie pogodziła się z tym, że go straciła.

"Janusz umarł, a ja umarłam zaraz po pogrzebie. Wcześniej musiałam wszystkiego dopilnować. Potem się rozsypałam. Nadal jestem w żałobie" - powiedziała "Vivie!"

"Cały czas jest ze mną, czuję go, słyszę. Moja miłość się nie skończyła, trwa" - stwierdziła z kolei w rozmowie z PAP Life.

Źródło: AIM
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL