Reklama

Na dobre i na złe

Ocena
serialu
9,8
Super
Ocen: 83115
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Na dobre i na złe": Michał zapowiada się ciekawie

Na planie "Pensjonatu..." spotkałeś się ponownie z Laurą Breszką, przy "Na dobre..." pewnie w końcu zagrasz z Filipem. Jakie to uczucie?

Reklama

- Z Laurą widzieliśmy się już na Mazurach dwa, trzy lata temu. Teraz wątek leśniczego Krzyśka i Magdy będzie dużo ciekawsze. Zadzieje się (śmiech). Z jednej strony jest bardzo wielu aktorów, z drugiej - ten świat jest w sumie mały. Każdy z każdym się zna, jeśli nie osobiście, to przez kogoś. Okazja do spotkań zawsze jest sympatyczna i przyjemna.

Nie uważasz, że na serialowym podwórku widać często te same twarze?

- To prawda, co jest zabawne, ponieważ obok jest do wzięcia bardzo wielu dobrych aktorów. A szkoda, bo naprawdę można znaleźć potencjał. Choćby w naszej grupie Impro KRK, tylko brać i obsadzać (śmiech). To chyba jest problem wielkości rynku polskiego, producenci są zachowawczy, rzadko podejmują ryzyko. Choć w moim przypadku angaż do "Singielki" był swego rodzaju sięgnięciem po osobę nie oczywistą.

Co możesz powiedzieć o "Drogach wolności"?

- Jestem bardzo ciekawy tego projektu, jak wyjdzie i czy ludzie go polubią. Sam pomysł jest bardzo interesujący. Patrzymy na historię z perspektywy kobiet, ich codzienności. Te, które dotychczas były z boku - bo to faceci tworzą politykę, chodzili na wojnę - teraz wysuwają się na pierwszy plan. A często to życie w tle jest ciekawsze i nam nieznane. W trzech bohaterkach tkwi siła tego projektu. Losy ludzkie w kontekście tej wielkiej historii. Zresztą w tym serialu oprócz takich uznanych aktorek jak Anna Polony, producenci obsadzili mniej znane telewidzom świetne aktorki Martę Malikowską, Pole Błasik czy Paulinę Walendziak. Czyli jednak nie są aż tacy zachowawczy (śmiech).

Główna rola?

- Jestem w pierwszej dziesiątce aktorów (śmiech). Mam rolę raczej drugoplanową. Gram bogatego faceta, który przyjechał najprawdopodobniej ze Stanów do Krakowa z ogromnym majątkiem i tu otworzył swój biznes. To postać bardzo niejednoznaczna. Sam nie wiem, czy na końcu okaże się dobry czy zły.

Miałeś już szansę wystąpić w serialu historycznym przy okazji "Czasu honoru". Jak się czujesz w kostiumie?

- Super! Przed takimi projektami trzeba choć trochę zagłębić się w epokę. Teraz mieliśmy warsztaty z obyczajów. .Uczyliśmy się savoir vivru, gestów, zachowań, które na przestrzeni lat wymarły. Mamy również takie zajęcia w Szkole Teatralnej, ale przed takim projektem warto to sobie przypomnieć. Zwłaszcza, że dbałość o szczegóły epoki "dopełnia" i staje się smaczkiem takich produkcji.

"Na dobre..." kręci się w Warszawie, "Drogi..." również. Twoje życie to chyba wieczna podróż. Nie myślałeś o przeprowadzce?

- Urodziłem się w Krakowie, mieszkam tam. Jestem stuprocentowym Krakusem, centusiem pijącym kawę na rynku i lubiącym smog krakowski, a na cmentarz chodzę na Rakowice. Wydeptałem tu swoje ścieżki, lubię je i chciałbym, żeby moi synowie też nimi chodzili. Podczas pracy nad "Singielką" pojawiło się w pewnym momencie pytania: po co mieć rodzinę, skoro jest ona "schowana" w Krakowie i czy może jednak nie pomyśleć o przeprowadzce do Warszawy. Teraz nam się fajnie poukładało, chłopcy poszli do świetnej szkoły, więc pomysł upadł.

Myślisz, że odnalazłbyś się w stolicy? Co jest w Krakowie, czego nie ma tutaj?

- Inne tempo życia (śmiech). Lubię Warszawę i nie miałbym problemu z odnalezieniem się w niej. Przez jakiś czas pomieszkiwałem tu i wydeptałem też tu jakieś swoje ścieżki. To miasto z ogromnym potencjałem, które cały czas się rozwija. W przeciwieństwie trochę do Krakowa. Śmiejemy się ze znajomymi, że gdyby większość pomysłów została zrealizowana, a nie utopiona w piwie, to byłoby zupełnie inne miasto. Tym bardziej więc cieszę się i uznaję za swój mały sukces fakt, że udało nam się rozkręcić wcześniej wspomnianą grupę Impro KRK. Był to pomysł przy piwie, który nie został przy nim utopiony (śmiech). Z Małopolską jestem też bardziej związany teatralnie, tutaj stawiałem swoje pierwsze kroki w teatrach. Najpierw Łaźnia Nowa, potem Stary, teraz Słowackiego. I, przede wszystkim, Kraków jest bliżej gór (śmiech).

Pomówmy chwilę o Twoich mediach społecznościowych. Powiem krótko: Chłopaku, minąłeś się z powołaniem. Powinieneś zostać politykiem lub organizatorem akcji charytatywnych. Czy masz poczucie, że sława to nie tylko przywilej, ale też obowiązek?

- Nie myślę w tych kategoriach. Swoją pracę, zwłaszcza w serialach traktuję trochę w kategorii usług, a one polegają na tym, że ludzie czasem uśmiechną się po ciężkim dniu. Po prostu robię w rozrywce (śmiech), która ma często wartość dodaną. Natomiast uważam, że mogę jakoś wykorzystać popularność, którą zyskałem, poruszając tematy dla mnie ważne i istotne. Na przykład -  tolerancja, której, moim zdaniem, delikatnie mówiąc jest w tym kraju niedobór. W takiej sytuacji często myślę też o przyszłości, jaką chciałbym zagwarantować swoim synom. Próba poprawy świata w jakim żyję jest warta wysiłku, bez znaczenia w jakiej roli to robię. Czy jako osoba publiczna, czy określając się politycznie. To jest walka o rzeczywistość, która jest nasza a nie jakiś "onych". Jeśli chodzi o charytatywność, od kilku lat związany jestem z kilkoma inicjatywami, z Buisness Runem, Ogólnopolskimi Dniami Integracji "Zwyciężać Mimo Wszystko", wspieram też takie akcje jak Szlachetna Paczka czy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Jest też jedna, którą robię corocznie, od tego roku także jako organizator, i która narodziła się jeszcze przed moją popularnością, czyli zawody narciarskie "Krzysiek Pomaga Pomagać". W tym roku odbędą się one 3 lutego w Suchem k. Zakopanego, zapraszam serdecznie. Naszymi ambasadorami są m.in. Maciej Zakościelny, Julia Kamińska, Kuba Wesołowski, Antek Królikowski. Sama akcja zaczęła się od pomocy koledze z klubu narciarskiego Yeti, właśnie tytułowemu Krzyśkowi Graczykowi, który uległ wypadkowi. Teraz co roku, razem z Krzysiem wspieramy kogoś innego. Pomaganie jest piękne na wielu płaszczyznach - daje radość pomagającemu i świadomość, że może coś zrobić realnie, ale też sprawia, że zaczynamy doceniać, to co mamy. Smakować życia. Jak mam więc szansę dołożyć swoją drobną cegiełkę, to czemu nie!

Akcje charytatywne opierają się też na chęci ludzkiej pomocy. Chyba masz wiarę w nich i dobro, które mają w sobie.

- Mam 34 lata i nadal wierzę, że decyzja każdego z nas zmienia świat. Podoba mi się jak powiedział to Jurek Owsiak, że "pielęgnuje w sobie tą naiwność". Ja też staram się pielęgnować.  Owszem można zbudować mur wokół siebie i odciąć się od wszystkiego. Ale im bardziej się odsuwasz, tym bardziej się boisz. Kiedyś pojechałem z Łaźnią Nową na spektakl do Singapuru. Po zakończonej pracy stwierdziliśmy z kolegą Tomkiem Sobczakiem, że jak już jesteśmy po tej drugiej stronie świata, zostańmy na dłużej. Ekipa teatralna wróciła do Polski, a my ruszyliśmy do Malezji. Przeszliśmy granice na piechotę i znaliśmy się w mieście Johor Bahru. To był inny świat, głośno, szybko, byłem jedynym blondynem na ulicy i nie ukrywam poczułem się nieswojo. Po godzinie nie mogłem wyjść z zachwytu. Podróżowaliśmy jak na "plecakowców" stosunkowo krótko bo ok 10 dni ale i tak spotkaliśmy wielu wspaniałych ludzi. Oczywiście, na dzień dobry zostaliśmy specjalnie wprowadzeni w błąd, trochę "oszyci", ale wychodzę z założenia, że turyści są po to, żeby ich okradać.  Zwłaszcza Europejczycy w krajach postkolonialnych - zasłużyli.(śmiech) A tak poważnie, jak uśmiechasz się do świata, świat uśmiecha się do ciebie. Wolę być raz okradziony, niż nikomu nie pomagać, nie poznawać świata i ludzi. Zresztą często przywiązujemy za dużą wagę do przedmiotów, a nie są one tego warte. Naprawdę ważny jest drugi człowiek. Warto o tym pamiętać zwłaszcza w naszym pięknym, podzielonym kraju.

Tkwi w tobie żądza przygody. Nie myślałeś o udziale w programie typu "Agent" albo "Azja Express"?

- Miałem nawet zaproszenie do drugiej edycji "Agent - Gwiazdy". Rozważałem ją, ale wówczas dostałem też propozycję z teatru. Podjąłem świadomą decyzję w kwestii wizerunkowej. Wiedziałem, że mam szansę na przeżycie fenomenalnej przygody, ale uznałem, że jeśli chcę być aktorem bardziej niż osobistością telewizyjną, ważniejsze jest zrobienie pełnokrwistego spektaklu. Teatr od zawsze jest dla mnie ważnym elementem mojego zawodu. Pomaga zachować równowagę, podejmować ryzyko oraz mówić o sprawach naprawdę istotnych.

To na koniec wróćmy do polityki. Będziesz jednym z tych aktorów, którzy na emeryturze zamienią świat artystyczny na dyplomację?

- Nie zarzekam się, że nie. Jako chłopiec, kiedy koledzy mówili, że chcą być policjantami, ja mówiłem, że będę prezydentem. Zresztą to marzenie moich dziadków. (śmiech)

 

Tele Tydzień

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje