Była słynną modelką, rzuciła wszystko. Teraz jest gwiazdą polskiego serialu
Pochodzi z Narewki, małej miejscowości położonej na skraju Puszczy Białowieskiej. Podlasie, modeling, wielki świat i nagły zwrot w stronę aktorstwa. Anna Bielawska przeszła długą drogę, by dołączyć do obsady hitu TVP "Komisarz Alex". Jej historia zaskakuje.
Jolanta Majewska-Machaj: Kim jest grana przez ciebie nowa policjantka, która dołączyła niedawno do ekipy śledczej w "Komisarzu Aleksie"?
Anna Bielawska: - Nazywa się Natalia Kałużna, jest świeżo po szkole policyjnej, którą ukończyła w stopniu podkomisarza. Młoda, ambitna, chce się realizować w tej pracy i bardzo przykłada się do wykonywania powierzanych jej zadań. Na razie są to sprawy biurowe, wywiadowcze, myślę, że z czasem będzie się mogła wykazać również w terenie.
Jak się dogaduje ze znanymi już członkami policyjnej grupy?
- Bardzo dobrze. Tak się składa, że wraz z nią dołączył też komisarz Artur Dębiec (Karol Dziuba), tak że mamy dwie nowe postaci w zespole. W związku z tym nastąpi pewnie jakieś przegrupowanie, nowy podział ról, obowiązków i schematów pracy.
Ciekawe, że wcześniej już, właśnie z Karolem Dziubą, spotkaliście się w innej produkcji - był to serial "Dewajtis", gdzie graliście kochające się rodzeństwo...
- To fakt, fajnie udało nam się wtedy poprowadzić tę relację bratersko-siostrzaną, dobrze to wspominam. Prywatnie też polubiliśmy się z Karolem, jesteśmy dobrymi kolegami, co zdecydowanie ułatwia nam teraz pracę na planie "Komisarza Aleksa", kiedy wchodzimy w grupę, która zna się dobrze, pracuje ze sobą długo i każdy ma już swoje ustalone miejsce w tej strukturze.
A jak ci się układa współpraca z centralnym bohaterem serialu - psem Aleksem?
- Na początku rozmawiałam z jego opiekunem, który go szkoli. Wszystko przechodzi przez trenera - zapoznaje aktora z psem, pokazuje metody pracy. Przed każdą sceną ustalana jest dokładnie choreografia, komendy, jakie mają paść - tak że daje nam to duży komfort, i mnie, i psu. Lubię grać z tym uroczym zwierzakiem, poznajemy się coraz lepiej.
Rola Natalii w "Komisarzu Aleksie" nie jest rwoim pierwszym kontaktem z tym serialem. Wcześniej pojawiłaś się w nim jako Lena, postać epizodyczna...
- Tak się zdarza w świecie seriali, że ktoś zagra jakiś epizod, a potem wraca w nowej roli - nie jestem tu wyjątkiem. Pozytywnie przyjęłam propozycję stałej postaci, z zamiarem budowania jej od początku po swojemu i mam nadzieję, że ta moja Natalia na dłużej zadomowi się w serialu. Granie w nim to dla mnie kolejne ważne doświadczenie zawodowe.
Jesteś absolwentką krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie?
- Ukończyłam kierunek aktorski ze specjalnością wokalną, niedawno obroniłam pracę magisterską. Po czwartym roku, zaraz po dyplomie, przeprowadziłam się do Warszawy. Ale czasem odwiedzam Kraków - znajomych, miejsca, do których lubię wracać, cenię środowisko twórcze typowo krakowskie i cały ten czarujący klimat galicyjski.
Zupełnie inny od tego, w jakim wyrosłaś...
- To prawda. Pochodzę z Narewki, małej miejscowości położonej na skraju Puszczy Białowieskiej, na Podlasiu. Regionu z bogatą obyczajowością, tradycją i kulturą, które z dumą noszę w sercu i chełpię się tym dziedzictwem. Czuję potrzebę zaznaczania swej tożsamości, realizuję różne projekty osadzone w niej. To jest mój świat, o którym chcę opowiadać. Jeszcze pod koniec studiów wzięłam udział w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu gdzie zaprezentowałam słynny utwór "Mury" w języku białoruskim, co było dla mnie ważnym przeżyciem i spotkało się z szerokim oddźwiękiem.
Mówisz po białorusku?
- U nas w okolicy mówi się "po swojomu", czyli gwarą wywodzącą się z języka białoruskiego. Mówią nią moi rodzice, babcia, cała rodzina, to język, w którym się wychowałam. A potem poszłam do II LO w Hajnówce z Dodatkową Nauką Języka Białoruskiego, gdzie nauczyłam się biegle posługiwać jego formą normatywną, co stanowi dla mnie szczególną wartość, zwłaszcza w kontekście poznawania korzeni rodzimej mowy. Moi dziadkowie, pradziadkowie określali się jako ludzie tutejsi - wynikało to z intensywnego przepływu tożsamościowego na tym terenie wskutek zdarzeń historycznych, wojen, przesuwania granic. Przenika się tu wiele kultur: polska, białoruska, ukraińska, tatarska, jest społeczność katolicka, protestancka i - przeważająca - prawosławna. Świętujemy w innym terminie niż reszta kraju, mamy inny obrzęd, rytuał, styl. Dużo jest rodzin mieszanych, co tworzy unikalny tygiel kulturowo-obyczajowy i magiczny obraz tych stron.
Usytuowany w bajecznych okolicznościach przyrody...
- Puszcza Białowieska zawiera elementy lasu pierwotnego, czyli takiego, w którym nie ma ingerencji człowieka, jedynego już bodaj w całej Europie. Dominuje potęga przyrody i to człowiek się do niej tu dostosowuje, a nie ona do człowieka. Ludzie żyją tu w łączności z nią, idąc do szkoły niejednokrotnie spotykałam żubra, jelenia. Mój wujek jest nadleśniczym, pięknie opowiada o życiu lasu, o biocenozie, jaką tworzą z nim okoliczne łąki, pastwiska, pola, o bogactwach natury, których musimy strzec dla nas i potomności. Wokół jest mnóstwo jezior, rzek, czystych i nieskażonych, będących źródłem życia i miejscem wypoczynku dla tutejszej ludności. Faktycznie jak w bajce (uśmiech)...
A jednak opuściłaś ten raj i poszłaś w świat?
- To było nieuniknione, szłam za marzeniami. Pociągały mnie zajęcia artystyczne, rodzina mi to zaszczepiła, w domu zawsze była muzyka, śpiew, instrumenty. W czasach licealnych trafiłam do Teatru Czrevo, założonego w ramach fundacji przez Joannę Troc, absolwentkę Akademii Teatralnej w Białymstoku, reżyserkę i propagatorkę inicjatyw z pogranicza kultury polskiej i białoruskiej. Brałam udział w zajęciach prowadzonych dla młodzieży i tam zrodziła się moja miłość do teatru. Wiedziałam już, że w tym kierunku chcę podążać.
Mimo to nie zdecydowałaś się od razu na szkołę aktorską, a zostałaś... modelką?
- To był przypadek, a może w życiu nie ma przypadków? Odwiedziłam rodzinę w Warszawie, trafiłyśmy z kuzynką do Złotych Tarasów i tam podeszła do mnie nieznajoma z agencji i zapytała, czy chciałabym spróbować sił w modelingu. Poczekałam parę miesięcy i po skończeniu liceum podjęłam tę pracę. Pracowałam na sesjach w Tokio, Mediolanie, Barcelonie, otwierałam pokaz Simone Rocha podczas London Fashion Week AW20, zwiedziłam kawał świata, kontraktów na różnych kontynentach przybywało.
A ty, u progu świetnie rozwijającej się kariery, z perspektywą sławy i dużych pieniędzy, wycofałaś się z tego zawodu. Dlaczego?
- Bo to nie było do końca moje, w takim przypadku sława i pieniądze schodzą na drugi plan. Ciągłe wyjazdy sprawiały, że czułam się nieszczęśliwa, nieobecna, tęskniłam za krajem, za bliskimi, rozłąki stawały się nie do wytrzymania...
Rodzina pewnie bała się o ciebie, kiedy znikałaś z horyzontu na wiele miesięcy?
- To też, ale przede wszystkim oni też tęsknili. A druga rzecz - brakowało mi w tym wypowiedzi artystycznej. Miarą sukcesu w zawodzie modelki jest bycie muzą znanego projektanta, uczestniczenie w najważniejszych imprezach modowych w sezonie - ale to mi do życia nie wystarczało, zawsze wolałam grać i o tym myślałam, podejmując decyzję, by zrezygnować z profesjonalnego uprawiania modelingu. Bardzo się cieszę z tego doświadczenia i dalej z niego korzystam, występując okazjonalnie w pokazach czy sesjach, co traktuję jako dodatkowe zajęcie. A głównym obszarem mojej aktywności jest aktorstwo i to mnie w stu procentach satysfakcjonuje (uśmiech).
Jakie masz pasje poza nim?
- Gram na gitarze, uczę się grać na pianinie, ćwiczę jogę i pilates, biegam. Interesuję się psychologią, zresztą jej właśnie, a konkretnie psychologii twórczości, poświęciłam moją pracę magisterską, której pisanie było dla mnie fascynującym zajęciem. No i oczywiście kocham naturę i kontakt z nią jest dla mnie bardzo istotny.
Gdzie jeździsz na wakacje?
- Najczęściej do domu, na Podlasie. Tam mam wszystko - mój pokój, niezmienny od lat, moich rodziców, krewnych. Babcię, która mnie wychowała - tak jak w mieście ludzie mają nianię, tak ja miałam ją - mądrą, niezawodną, serdeczną przyjaciółkę, która uczyła mnie, jak żyć, wspiera po dziś dzień i kibicuje moim poczynaniom. Ludzi wokół, szczerych, życzliwych, moc dobrosąsiedzkiej atmosfery, bezpieczeństwa, ciszy i świętego spokoju. Gwiaździste niebo, czyste powietrze i bezmiar zieleni. Nawet kiedy mam wolny dzień czy dwa, wsiadam w auto i pędzę, by się nasycić tym miejscem. Tylko tu jestem naprawdę sobą...