Milionerzy
Ocena
programu
7.1
Dobry
Ocen: 93
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Milionerzy": To ona wygrała milion złotych. Co o niej wiemy?

Elżbieta Marszalec, księgowa z Warszawy wygrała milion złotych w "Milionerach". Odpowiedziała poprawnie na 12 pytań, z ostatniego koła ratunkowego skorzystała już przy pytaniu za 50 tysięcy i dalej szła jak burza. Na widowni kibicowała jej córka i siostra. Pytane przez Huberta Urbańskiego, czy Elżbieta powinna grać dalej wielokrotnie wskazywały, że nie. Na szczęście Elżbieta tego nie widziała. Kim jest Elżbieta Marszalec, jak szła po milion i na co przeznaczy wygraną?

Skąd pomysł, żeby wziąć udział w Milionerach?

Elżbieta Marszalec: - Pomysł na "Milionerów" kiełkował we mnie bardzo długo. Dawno temu kiedy byłam młodą dziewczyną wysyłałam nawet zgłoszenia. Nie przeszłam wtedy castingu. Potem ponownie zgłosiłam się, zostałam zaproszona na casting, ale zupełnie nie pasował mi termia, więc musiałam zrezygnować. A teraz tak się wszystko dobrze ułożyło. W życiu na wszystko jest właściwy czas i to był ten czas.

A brała pani udział w jakichś innych teleturniejach?

- Tak, parę lat temu startowałam w "Jeden z dziesięciu", a całkiem niedawno w "Vabanku". W jednym dotarłam do finału odcinka, w drugim zajęłam drugie miejsce. Wynik nie był więc na pewno tak spektakularny jak w "Milionerach".

Reklama

Udział w takich teleturniejach wymaga ogromnej wiedzy ogólnej. Czy jakoś specjalnie przygotowywała się pani?

- Nie, chyba całe moje życie jest przygotowywaniem się do takiego programu. Jestem takim trochę omnibusem. Jestem ciekawa świata, zawsze się interesowałam wieloma rzeczami. Bardzo dużo czytam, intrygują mnie różne ciekawostki. To spowodowało, że rzeczywiście w mojej głowie jest wiedza na bardzo różne tematy. Czasami żartowałam z moimi dzieciakami, że mam głowę wypełnioną sieczką (śmiech).

Akurat w przypadku "Milionerów" to się przydało, pytania były z bardzo różnych dziedzin. Korzystała pani też z podpowiedzi Huberta, który źle podpowiedział...

- Tak, tym razem podpowiedział źle, ale nie mam o to do niego absolutnie żadnych pretensji. Nie ma ludzi, którzy znają się na wszystkim i rozumiem, że akurat mógł nie mieć wiedzy na temat, o który zapytałam. To było moje ryzyko, że wybrałam podpowiedź Huberta.

Jednak coś pani podpowiedziało, żeby mu nie zaufać i sięgnęła pani wtedy po drugie koło ratunkowe.

- Hubert sam nie był przekonany do odpowiedzi, ja też nie byłam pewna, dlatego stwierdziłam, że akurat na tym etapie, a to było pytanie za 50 tysięcy czyli próg gwarantowany, szkoda by było odpaść, więc sięgnęłam po drugie koło. Wzięłam pół na pół i odpadła odpowiedź Huberta, więc już wiedziałam co zaznaczyć. Złożyło się szczęśliwie, choć zostałam bez żadnego koła ratunkowego.

W dalszej części gry okazały się niepotrzebne.

- Nie mówię, że znałam odpowiedzi w stu procentach na wszystkie pytania. Była jakaś doza niepewności. Niemniej, ja mam silne tak zwane "trzecie oko", intuicję. I ona jest w moim życiu bardzo obecna. Myślę, że każdy z nas ma takie "trzecie oko", tylko nie każdy pozwala sobie mu zaufać. Ja często w życiu kieruję się intuicją i w tym wypadku też jej zaufałam, odważyłam się i dobrze się stało.

Hubert pytał wielokrotnie pani córkę i siostrę, które były na widowni, czy powinna pani grać dalej i one za każdym razem mówiły, że nie.

- Dobrze, że tego nie widziałam, bo może wpłynęłoby to na moją decyzję. Kiedy rozmawiałyśmy potem po programie, to obie przyznały, że były przerażone tym jak bardzo ryzykowałam na przykład w momencie jak już miałam powiedzmy 250 tysięcy. Niemniej ja siedząc na fotelu naprzeciwko Huberta, nie czułam obaw. Także dlatego, że idąc do programu nie nastawiałam się na to, by wygrać wielkie pieniądze. Oczywiście, każdy chce wygrać milion. ale ja myślałam sobie o tym, że chcę przeżyć coś fajnego, jakąś przygodę w życiu, że chcę się bawić, a jeżeli uda mi się przy tym coś wygrać, to będzie super. Było mi szkoda zabrać pieniądze i zrezygnować, bo po prostu świetnie się bawiłam i chciałam usłyszeć kolejne i kolejne pytania. Fajnie było się przekonać, ile w tej mojej głowie siedzi  niepotrzebnych rzeczy. No bo na cóż mi na co dzień takie informacje? I nagle przychodzi taki moment i takie miejsce, gdzie mogę po prostu się sprawdzić.

Nie miała pani tremy?

- Na początku tak, bo Hubert mnie trochę zestresował pytaniami zawodowymi o sposób opodatkowania wygranej. Oczywiście znałam odpowiedź ale chyba każdy obawia się pytań ze swojej dziedziny, gdy jest tak zdeprymowany i bardzo się boi, żeby nie powiedzieć głupoty, która pójdzie w świat. Rzeczywiście wtedy się trochę zestresowałam, ale potem, po każdym kolejnym pytaniu ten stres ze mnie opadał. Nie rósł, tylko właśnie opadał.

I szła pani jak burza. Po zakończeniu gry, Hubert aż krzyknął "Odważna kobieto!". Nie wygląda pani na taka ryzykantkę.

Usłyszałam to już dziś rano od mojej fryzjerki, Powiedziała, że nie wyglądam na kogoś, kto by startował do "Milionerów", co mnie bardzo zdziwiło. Zapytałam, dlaczego nie wyglądam. Odpowiedziała, że jestem za skromna. A mi akurat odwagi w życiu nigdy nie brakowało. Po programie siostra ciągle powtarzała, że niby zna mnie prawie 50 lat ale tak właściwie mnie nie zna. Powiedziała, że nie myślała, że jestem aż taką ryzykantką.

A co powiedziała córka?

- Córka zdziwiła się, że nie znałam słowa "kokówka" - "Nie wierzę, że istnieje jakieś słowo, którego mama nie zna".

Pracuje pani jako księgowa, a kim pani jest z wykształcenia?

- Technikiem ochrony środowiska o specjalności meteorologia, choć nigdy w życiu nie pracowałam jako meteorolog. Tak mi się ułożyła ścieżka zawodowa, że jakoś wsiąkłam w tę księgowość.

Wielokrotnie podczas gry mówiła pani, że księgowość wcale nie jest nudna, jak się stereotypowo mówi.

- Wiem, że jest takie wyobrażenie - starsza pani w okularach siedzi i tłucze te cyferki ale tak absolutnie nie jest. W tym zawodzie dużo się zmieniło. Trzeba mieć otwarty umysł, żeby się utrzymać i być na bieżąco z wszelkimi nowinkami - prawnymi, technicznymi, żeby sobie poradzić.

A co pani najbardziej lubi robić w wolnym czasie?

- Przez całe życie, od dziecka pasjami pochłaniam książki. Nie mam ulubionego gatunku literackiego - czytam wszystko. Od sensacji przez horrory, po fantastykę, fantasy, biografie, czasami romanse dla odmóżdżenia. Książki są ze mną od zawsze i mam ich w domu bardzo dużo. Ostatnio staram się kupować mniej, bo po prostu nie mam na nie miejsca. Przerzuciłam się na czytniki, e-booki. Takim "czasoumilaczem" są też krzyżówki. Tą pasją zaraził mnie mój tata. Kocham też spacerować. Mieszkam niedaleko Wisły. Nie ma tu bulwarów, barów, ścieżek, tylko po prostu dziki brzeg Wisły, uwielbiam po tych chaszczach się włóczyć. Po całym dniu pracy w tych moich cyferkach z komputerem, z ludźmi, tam czuję, że dusza odpoczywa, robi się błogo i spokojnie. Potrzebuję w życiu takiego marginesu.

Na co przeznaczy pani wygraną?

- Tak jak mówiłam w programie, mam dwoje dzieci, które bardzo kocham. Syna i córkę. Syn jest starszy, córka młodsza. Są światłem mojego życia. Bardzo się od siebie różnią zarówno zainteresowaniami jak i charakterem. Syn jest informatykiem a córka interesuje się po trochu wszystkim. Bardzo chciałabym im ułatwić start w dorosłość. W tej chwili bardzo ciężko jest młodym ludziom. Nie mówię, że nam było łatwo - do dzisiaj spłacam kredyt mieszkaniowy. Niemniej tak sobie myślę, że jeżeli im będzie trochę lżej, to bardzo mnie to ucieszy. Dlatego po prostu dołożę im się do mieszkań. Chciałabym, żeby jedno i  drugie miało swój kąt, który mogłoby nazwać swoim domem. To bardzo ważne, żeby po całym dniu wracać do swojego domu.

A coś dla siebie?

- Wymienię moją cudną Lodzię, czyli moją Skodę, która wiernie mi służy już od 19 lat. Jest wspaniałym autkiem i zostanie w rodzinie. Moja córka już ostrzy sobie na nią zęby.

Już pani wie, na jaki samochód wymieni pani Lodzię?

- Rozglądam się za autem w rozsądnej cenie, bo jestem rozsądnym człowiekiem.

Czyli nie ma pani skłonności do szaleństw finansowych?

- Profesja zobowiązuje, 30 lat w zawodzie (śmiech). Cóż, w moim życiu nigdy nie było dużo pieniędzy, nie opływałam w wielkie dostatki, to wymusza ekonomiczne podejście. Może jakaś Dacia na przykład? I może pojadę gdzieś, ale też nie na koniec świata, tylko w jakieś piękne miejsce w Polsce, bo ja kocham Polskę i uwielbiam naszą przyrodę. Nie muszę leżeć na leżaku przy basenie w Egipcie, żeby być szczęśliwą. Wolę na łące. Na pewno też zainwestuję w siebie, bo cały czas staram się podnosić kwalifikacje zawodowe. Na razie wciąż wygrana wydaje mi się abstrakcyjna, może dopiero jak zobaczę te zera na koncie, to wtedy mi nagle, jak to mówią, palma odbije (śmiech).

swiatseriali
Dowiedz się więcej na temat: Milionerzy
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL