Michał Milowicz: nie brakuje mi wrażliwości [WYWIAD]

„Każde wyjście na scenę jest dla mnie czymś magicznym, wprowadzającym mnie na chwilę w inny świat. Występy przed kamerą i publicznością zawsze niosą ze sobą nowe zdarzenia, czasem komiczne, a czasem stresujące, nieprzewidywalne i zaskakujące. Aktor w każdej chwili musi być czujny i gotowy na improwizację” – mówi w rozmowie z Interią Michał Milowicz. Aktora możemy od niedawna oglądać w „Świętym”, nowym serialu Czwórki, w którym wciela się w jedną z głównych postaci.

INTERIA.PL: "Święty" to jedna z tych produkcji, które błyskawicznie podbiły serca telewizyjnej publiczności. Czemu Pana zdaniem serial zawdzięcza swoją oglądalność i czym przyciągać będzie widzów w kolejnych odcinkach tej jesieni?

Michał Milowicz: Myślę, że najbardziej atrakcyjne będą dla nich nietuzinkowe postacie i niespodziewane zwroty akcji. Fabuła serialu nabiera tempa z odcinka na odcinek. Jest przy tym mocno kryminalna, ale nie brakuje w niej elementów komediowych. Na planie "Świętego" miałem zresztą po raz pierwszy okazję, by zagrać prawdziwie czarny charakter. Przed Kordasem, w którego się wcielam, drży przecież cała miejscowość. Ma silny charakter i kieruje się własnymi zasadami, choć ma też różne słabości. To na pewno coś nowego.

Mało kto wie, że przed kilkoma laty zajmował się Pan deweloperką. Czy zdobyte wówczas doświadczenia przydały się Panu na planie "Świętego"? W końcu w nowym serialu Czwórki wciela się Pan w postać wpływowego biznesmena.

M.M.: Każda z moich dotychczasowych działalności - do tej pory próbowałem swoich sił jako właściciel klubu i restauracji oraz jako deweloper - dała mi klarowny obraz, jak ten świat biznesu wygląda. Wiem dzięki temu, jakie są zmartwienia i niepokoje przedsiębiorców. Są często wystawieni na permanentny stres, również ze względów interpersonalnych. To spory bagaż doświadczeń. Zdarza mi się z niego od czasu do czasu robić użytek, oczywiście w zależności od roli.

Jeszcze à propos biznesu. W ubiegłym roku na ekrany kin wszedł film "Futro z misia". Był Pan jego producentem, scenarzystą i reżyserem. Jak udało się Panu połączyć te funkcje z rolą, którą miał Pan w nim do zagrania? Czy łatwo jest się w ogóle przedzierzgnąć z aktora w osobę, która zarządza tak dużym przedsięwzięciem?

M.M.: Właśnie te lata doświadczeń - koneksje, które wypracowałem i partnerzy, z którymi współpracowałem - dały mi możliwość realizacji swoich celów. Praca nad "Futrem z misia" stanowiła jednak na pewno największe wyzwanie artystyczne w mojej karierze. Pierwszy raz musiałem stawać po obu stronach kamery, wywiązując się jednocześnie ze wszystkich obowiązków ciążących na producencie. To było trudne, wyczerpujące i wymagające zadanie. To był okres, w którym chyba najkrócej spałem, a o odpoczynku raczej nie było mowy. Nie mam wątpliwości, że bez wielkiego wsparcia i zaangażowania współproducentki Anny Siergiej, film "Futro z misia" nigdy by nie powstał. Profesjonalizmem i pracowitością wykazał się również Kacper Anuszewski, mój współreżyser, który stawał za kamerą zawsze wtedy, gdy ja musiałem stanąć przed nią. Ważną rolę odegrał Olaf Lubaszenko, który nie tylko zagrał, ale też brał istotny udział w całym procesie twórczym od scenariusza aż po montaż.

Pozostańmy jeszcze na chwilę przy tym biznesowym wątku. Bohater, w którego wciela się pan w "Świętym", to prawdziwy człowiek interesu: twardy i odważny negocjator, który zawsze licytuje wysoko - i najczęściej bardzo dobrze na tym wychodzi. Z drugiej strony, to również opiekuńczy ojciec, który dla córki zrobi wszystko. Na planie filmowym, podobnie jak w życiu, chyba niełatwo "przełączać" się między obiema rolami? Od wytrawnego biznesmena do czułego ojca przecież dość daleka droga.

M.M.: Takie motywy pojawiają się w filmach praktycznie od zawsze. Zdarza się, że najwięksi twardziele potrafią być przykładnymi i troskliwymi mężami czy ojcami. Za dnia, w towarzystwie swoich bliskich, są oazą spokoju i łagodności. Dopiero po zmroku ujawnia się kameleonowa dwoistość ich natury: zmieniają się wtedy diametralnie, stając się Jokerami i demonami nocy.

Z którą z postaci, w którą wcielał się Pan na przestrzeni ostatnich lat, Kordas ma najwięcej wspólnego? A może jest to bohater na tyle wyjątkowy, że nie da się go z kimkolwiek porównywać?

M.M.: Myślę, że pewne podobieństwa da się dostrzec między nim, a Brylantem z "Poranku kojota". Obu bohaterów łączy pewność siebie i nonszalancja. Z drugiej strony, tak twardej i konkretnej postaci - nieznoszącej sprzeciwu i bezwzględnie wiernej swoim zasadom - jeszcze nie grałem.

A czy z Kordasem czuje Pan prywatnie jakiekolwiek powinowactwo? Łączą was wspólne cechy?

M.M: (śmiech) Staram się być stanowczy. Czasem bywam może nawet porywczy, ale chyba w nieco innych sytuacjach (śmiech). Tak jak Kordas, mam też swoje słabości i wrażliwość.

Polskim widzom kojarzy się Pan przede wszystkim jako aktor komediowy i artysta estradowy. "Święty" dał Panu chyba szansę, aby zerwać z dotychczasowym emploi?

Michał Milowicz: To prawda: długo przyszło mi czekać na taką rolę. Ale było warto (śmiech). Każdy aktor marzy o tym, by zagrać jakąś skomplikowaną postać, by sprawdzić się w roli czarnego charakteru, najlepiej tajemniczego i niepozbawionego błyskotliwości. Myślę, że w jakimś stopniu taki właśnie jest Kordas.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że w aktorstwie zależy Panu przede wszystkim na tym, aby w jakiś sposób poruszyć widza - budząc w nim refleksję lub dając mu powód do śmiechu. Która z dotychczasowych ról dała Panu pod tym względem najwięcej możliwości? A może taka rola dopiero przed Panem?

M.M.: Znalazłoby się na pewno kilka filmów z moim udziałem, które mogły dać widzom powód do uśmiechu i radości (śmiech). W "Świętym" koncentruję się jednak na odmiennych emocjach. Mam nadzieję, że jeszcze wiele takich ról przede mną i że nadal będę mógł swoim widzom dostarczać podobnych wrażeń. W tej kwestii wszystko zależy od tego, czy reżyserzy mi zaufają i będą mi powierzać inne, nie tylko komediowe, role.

Przed kamerą i żywą publicznością występuje Pan już od dawna. Nie ma więc chyba sytuacji, które mogłyby się dla Pana okazać zaskakujące. A może wciąż jeszcze takie się zdarzają?

M.M: Każde wyjście na scenę jest dla mnie czymś magicznym, wprowadzającym mnie na chwilę w inny świat. Występy przed kamerą i publicznością zawsze niosą ze sobą nowe zdarzenia, czasem komiczne, a czasem stresujące, nieprzewidywalne i zaskakujące. Aktor w każdej chwili musi być czujny i gotowy na improwizację.

A czy podczas realizacji "Świętego" coś okazało się dla Pana szczególnym wyzwaniem? Czy w trakcie zdjęć dochodziło do niespodziewanych, zaskakujących sytuacji?

M.M.: Zaskoczeniem okazały się dla mnie zdjęcia w przetwórni mięsa. Jej wnętrze budzi grozę, a panujący w niej zapach odstrasza. W tych warunkach musiałem zagrać scenę, w której Kordas zdecydowanie rozprawia się ze swoim wrogiem, wrzucając go do maszyny mielącej mięso.

W rozmowie z jednym z portali internetowych wyjawił Pan, że "urlop" wymuszony przez pandemię koronawirusa zamierza Pan wykorzystać na poszukiwanie nowych inspiracji. Udało się? Pojawiły się w tym czasie w Pana głowie pomysły na nowe przedsięwzięcia artystyczne?

M.M.: Owszem, to był czas przemyśleń i szukania inspiracji. Ale w tym okresie towarzyszyła mi też niepewność - trudno było przewidzieć, co przyniesie jutro. To skłaniało mnie do refleksji. Analizując docierające do mnie scenariusze, zastanawiałem się, jakie są oczekiwania współczesnych widzów. Gusta i upodobania nie są już dzisiaj takie same, jak 20 lat temu. Żyjemy przecież w czasach, które są niezwykłe pod każdym względem.

Pracowałem także nad utworami na płytę mojego zespołu "Chłopaki nie płacą", którą mamy teraz zamiar zrealizować. A zainspirowany serialem ,,Święty" napisałem żartobliwą piosenkę o moim bohaterze, Kordasie. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się ją nagrać. Chciałbym też do niej przygotować teledysk.

Dziękujemy za rozmowę!

Michała Milowicza można obecnie oglądać w serialu  "Święty" - emisja od poniedziałku do czwartku o godz. 20:00 w telewizyjnej Czwórce. Więcej informacji na oficjalnej stronie.


Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje