W "Niebo. Rok w piekle" gra główną rolę. To nie tylko opowieść o sekcie
"Niebo. Rok w piekle" to nie tylko historia o destrukcyjnej wspólnocie, ale opowieść o samotności, potrzebie przynależności i mechanizmach manipulacji. W rozmowie z Interią Stanisław Linowski opowiada o kulisach pracy nad rolą Sebastiana, przygotowaniach oraz odpowiedzialności, jaka towarzyszy opowiadaniu historii inspirowanych prawdziwymi ludzkimi dramatami.
"Niebo. Rok w piekle" to polski serial HBO Max, który jest inspirowany historią Sebastiana Kellera opisaną w książce "Niebo. Pięć lat w sekcie". Opowiada o losach młodego chłopaka, Sebastiana, który na początku lat 90. trafia do wspólnoty zwanej "Niebo". Szuka sensu, przynależności i odpowiedzi na pytania, których nie potrafi znaleźć w zwykłym życiu. Szybko jednak okazuje się, że za obietnicą duchowego rozwoju kryją się manipulacja, kontrola i przemoc psychiczna.
W roli głównej wystąpił Stanisław Linowski, którego wcześniej mogliśmy oglądać w filmie "Napad" czy serialu "Lady Love". W "Niebie" partnerują mu Tomasz Kot, Magdalena Różczka, Zofia Jastrzębska, Anna Radwan i inni.
Na HBO Max można już oglądać wszystkie odcinki serialu. Porozmawialiśmy z Linowskim. O pracy na planie "Nieba", sektach, aktorstwie i nie tylko.
Justyna Miś, Interia: Serial "Niebo. Rok w piekle" jest inspirowany książką Sebastiana Kellera "Niebo. Pięć lat w sekcie", a nie jej ekranizacją. Czy możesz wyjaśnić, na czym w tym przypadku polega różnica?
Stanisław Linowski: - To jest bardzo ważne słowo, na którym kładziemy duży nacisk. Chcemy cały czas jasno komunikować, że to jest luźna inspiracja prawdziwymi wydarzeniami. Wydaje mi się, że zamysł od początku był taki, żeby ta historia w swoim wydźwięku była czymś więcej niż tylko opowiedzeniem jednej, konkretnej sytuacji. Gdybyśmy trzymali się ściśle prawdziwych bohaterów i faktów, zamknęlibyśmy się w pewnych ramach, które narzucałaby prawda. Nie chcę powiedzieć, że byłaby ona mniej ciekawa, mam poczucie, że prawdziwe wydarzenia są często nawet bardziej przerażające niż to, co pokazujemy w serialu, ale nałożyłoby to na nas ograniczenia, które zmusiłyby nas do skupienia się wyłącznie na odtworzeniu faktów. A nam zależało na tym, żeby opowiedzieć coś więcej, inspirując się tą historią.
Warto też podkreślić, że niektóre sceny faktycznie są zaczerpnięte z życia Sebastiana Kellera. Widzimy je w serialu. Mnie szczególnie utkwiła w pamięci scena z piątego odcinka, dotycząca tworzenia własnego języka w sekcie. Czy mimo że to jest tylko inspiracja, czuje się pewną odpowiedzialność, podejmując się głównej roli w takim serialu?
- Jak najbardziej. To poczucie odpowiedzialności narastało z każdym dniem zdjęciowym. Nigdy o nim nie zapominałem, a przynajmniej postawiłem sobie za cel, żeby o nim nie zapominać. Chciałem bardzo uczciwie podejść do tego projektu, żeby nie wkradło się gdzieś ego czy chęć zrobienia po prostu "fajnego serialu". Mam poczucie, że to nam się udało, bo cała ekipa miała to cały czas z tyłu głowy. Dzisiaj, kiedy wszystko się domyka i mamy finał, czuję ogromne wzruszenie i wdzięczność. Za ten projekt i za ludzi, którzy wspólnie nieśli tę odpowiedzialność. Na planie panowała ogromna czułość i świadomość, że opowiadamy o prawdziwych ludzkich tragediach, tak naprawdę niedawnej historii. Ci ludzie są wśród nas. Odkąd zacząłem pracować nad tym projektem, co chwilę dowiadywałem się, że ktoś zna kogoś, kto przez coś takiego przeszedł. Znajoma, mama koleżanki, wujek. Ten temat był w naszym społeczeństwie bardzo obecny. Dlatego trzeba było podchodzić do niego niezwykle delikatnie.
Jak trafiłeś na plan?
- To była bardzo prozaiczna historia. Dostałem telefon, potem był pierwszy casting, drugi, trzeci etap, wszystko bardzo standardowo. Na początku dostałem tylko scenę i krótką informację, że to jest historia o sekcie. Byłem przekonany, że to fikcja. W ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że na polskim podwórku działy się takie rzeczy, i trudno było mi w to uwierzyć. Dopiero po pierwszym castingu, kiedy pojawił się reżyser, zaczęliśmy rozmawiać i ten świat stopniowo zaczął się przede mną otwierać. Potem było spotkanie z Tomkiem Kotem, kolejne castingi, z Zosią Jastrzębską, z Anią Radwan, i w ten sposób zaczęła się kompletować obsada.
A jeśli chodzi o przygotowania - musiałeś nabyć pewnych umiejętności, prawda?
- Zrzucić wagę. Jedenaście kilo. Taki był pomysł produkcji, żeby mnie trochę odmłodzić i sprawić, żeby obok kruchej psychiki bohatera, również jego ciało było delikatniejsze. Pierwszy raz coś takiego robiłem, to było dla mnie ciekawe doświadczenie. Dieta, ćwiczenia, rygor. Ale przede wszystkim nauka gry na gitarze. Bardzo lubię śpiewać i gram trochę na pianinie, bardzo amatorsko. Gitara też miała być amatorska, ale zależało mi na tym, żeby zbudować relację między bohaterem a instrumentem. Spędziłem z nią mnóstwo czasu. Chodziłem z gitarą, siedziałem z nią i mam poczucie, że to też było istotnym elementem pracy nad postacią.
Jakie uczucia towarzyszyły ci, gdy dowiedziałeś się, że zagrasz pierwszą główną rolę w tak dużym serialu?
- Niestety chyba jeszcze nie nauczyłem się w pełni cieszyć z takich momentów. Zamiast radości pojawiło się poczucie odpowiedzialności, myśl, że to może pomyłka albo że to się nie wydarzy. Z każdą próbą to się we mnie gruntowało. Bardzo dużo czasu spędziłem z Bartkiem [Blaschke]. Jeździliśmy razem na próby do Warszawy, często tym samym pociągiem. Trzy godziny rozmowy w pociągu, cztery godziny próby i trzy godziny drogi powrotnej do Krakowa. Bywały dni, kiedy byliśmy cały czas w rozmowie. Potem próby z Tomkiem Kotem. To był duży stres. Po pierwszym czytaniu scenariusza podszedł do mnie i powiedział, że mam przed sobą strasznie trudne zadanie. Pamiętam, że mnie to wtedy trochę wkurzyło, ale później sam usłyszał bardzo podobne słowa od scenarzysty. Że nie ma tego serialu bez guru.
To były dwie bardzo mocne, główne role, zupełnie różne, a jednocześnie obie musiały być w centrum tej historii. Oglądając serial i czytając książkę, można dojść do wniosku, że to nie jest tylko historia o sekcie, ale o zagubieniu, kontroli, dominacji i uległości, o potrzebie przynależności. Jak ty to widzisz?
- Pięknie to nazwałaś. W pełni się z tym zgadzam. Dla mnie to historia bardzo uniwersalna. Już po przeczytaniu pierwszego scenariusza poczułem, że to jest najważniejsze. To nie jest tylko opowieść o konkretnych wydarzeniach, ale o tym, jak ta historia rezonuje dzisiaj. W latach dziewięćdziesiątych, żeby "dostać w głowę", trzeba było wyjść z domu. Dzisiaj nie trzeba z niego wychodzić. Wystarczy siedzieć pod kołdrą z telefonem. Mechanizmy są bardzo podobne. Zmieniają się technologie, rozwija się sztuczna inteligencja, ale wciąż jesteśmy żądnymi uwagi ludźmi. Każdy nosi w sobie jakiś pierwiastek samotności i zwątpienia. Nigdy nie wiadomo, kiedy to się uruchomi. Wydaje mi się, że każdy może być podatny na manipulację, w jaką Sebastian niestety się wplątał.
Ciąg dalszy wywiadu w wideo.