Stoi za międzynarodowymi hitami. Legenda telewizji i dramatów kostiumowych

"Dynastia Tudorów", "Wikingowie", "Elizabeth". To tytuły, które zna każdy fan dramatów historycznych. Angażują, zaskakują, a na przestrzeni lat zebrały spore rzesze widzów. Michael Hirst, scenarzysta i producent odpowiedzialny za te hity, zdradza Interii sekrety zza kulis, opowiada o tym, dlaczego kocha ten gatunek oraz opowiada o serialu "Billy the Kid". Najnowsza odsłona produkcji o losach legendy Dzikiego Zachodu startuje dzisiaj na Viaplay.

Katarzyna Ulman, Interia: W swojej karierze opowiedział pan historie o Tudorach, rodzinie Borgiów, wikingach i królowej Elżbiecie. Zacznijmy jednak od westernu i losach legendy Dzikiego Zachodu. Dlaczego Billy the Kid?  

Michael Hirst:  Odpowiedź na to jest dość prosta. Po zakończeniu "Wikingów" miałem wiele propozycji od producentów, którzy pytali mnie: 'co chcesz nakręcić teraz'? Znałem trochę Michaela Wrighta z MGM, więc poszedłem do niego mówiąc, że chcę zrobić western. Zawsze fascynował mnie ten gatunek. Kiedy byłem mały moja mama pozwalała mi oglądać "Rawhide" z Clintem Eastwoodem. Michael zaproponował mi napisanie pewnej westernowej historii, ale zaznaczyłem, że jedyną opowieścią, jaką jestem zainteresowany, są losy Billy’ego. To historia mojego dzieciństwa - dorastałem w Północnej Anglii, która jest w końcu tak daleko od Nowego Meksyku, jak tylko można. Miałem sześć czy siedem lat i idąc do szkoły wyobrażałem sobie, że jestem Billym i ściga mnie szeryf Pat Garrett. W domu pisałem krótkie historyjki o Billym. Mogłem się z nim utożsamić, bo on też był młody; miałem kilku takich bohaterów, ale Billy zapadł mi w pamięć. Serial nie jest jednak tylko wyrazem mojej fascynacji - chciałem odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście był zimnokrwistym przestępcą. 

Reklama

- Rozpoczynając pisanie scenariusza i pogłębiając temat, dowiedziałem się, że ludzie, którzy znali Billy’ego, uwielbiali go. Utożsamiał się z Meksykanami, ponieważ jako Irlandczyk, był, tak jak oni, outsiderem. Widział, jak Amerykanie wypędzają ich z ich ziem, więc buntował się przeciwko tej niesprawiedliwości. Był świetnym tancerzem, duszą towarzystwa. Miał świetny głos, grał na gitarze. Był skomplikowanym, fajnym człowiekiem, a nie tylko takim, jakim go przedstawiano.  

Billy to postać, która wywarła na pana ogromny wpływ. Każdy z nas ma takiego fikcyjnego bohatera. Billy jest bohaterem skomplikowanym, pełnym niuansów, co czyni go niezwykle interesującym. W serialu ważne są relacje, które nawiązuje z innymi postaciami. Może pan trochę o nich opowiedzieć? 

- Billy był zdolny do wielkich uczuć, budował silne relacje. Wielu z członków jego bandy, podobnie jak on młodych mężczyzn, zdecydowało się do niego dołączyć, ponieważ w niego wierzyli; w jego legendę. Jeśli chodzi o najważniejsze relacje w jego życiu, to były dwie. Zakochał się w Meksykance, której dałem na imię Dulcinea. Pojawiają się dyskusje, na temat tego, kim naprawdę była, ale nie można podważyć, że Billy był z nią w związku. Dlatego został w hrabstwie Lincoln, choć powinien stamtąd jak najszybciej uciec. Miał tragiczne dzieciństwo, jego rodzice zmarli. Ojciec nie poradził sobie w Ameryce, matka była przepracowana - imała się różnych prac, aby zapewnić swoim synom byt. Urabiała sobie ręce po łokcie, praktycznie zacharowała się na śmierć. 

- Ważna jest również jego głęboka przyjaźń z Jessem, starszym chłopakiem, którego Billy poznał, gdy był nastolatkiem. Jesse popełnił już kilka lekkich wykroczeń i wciągnął Billy’ego, który nie mógł znaleźć dobrze płatnej pracy, do swojego świata. Ich przyjaźń była prawdziwa, ale nie ulega wątpliwości, że Jesse miał na Billy’ego zły wpływ. Dla mnie ta relacja była intrygująca, bo po pewnym czasie znajdują się po przeciwnych stronach. Mieli kilka możliwości, aby zabić się nawzajem, ale nie mogli tego zrobić. 

Ponieważ ta więź między nimi nadal istniała. 

- W pewnym sensie byli dla siebie braćmi. W serialu postawiłem tę dwójkę w kilku takich sytuacjach, wykorzystując wydarzenia, które naprawdę miały miejsce. Jesse jest odpowiedzialny za wiele rzeczy, których Billy nie może wybaczyć lub o nich zapomnieć, ale w trzecim sezonie znowu zostają partnerami -  dla Jessego jeden wątek staje się okazją, aby odkupić swoje winy. Musi zapłacić za przeszłość i za to, co zrobił. W końcu poświęca się dla Billy’ego - to jest ważna część serialu. 

Serial "Billy the Kid" jest dość mroczny, historia głównego bohatera - tragiczna. Jednak Billy nie jest tylko tym "złym". Kocha życie, kocha muzykę, zakochuje się w Meksykance. Jak zachować połączyć te przeciwieństwa i znaleźć równowagę między tym kim był i co robił Billy? 

- Te przeciwieństwa, jakie łączył w sobie Billy były dla mnie najważniejsze. Uwielbiałem czytać i pisać o sytuacjach, w których cieszył się z życia czy pomagał swoim przyjaciołom uciec z więzienia. Jednak w pewnym momencie musiałem usprawiedliwić niektóre okropne rzeczy, których się dopuścił; kogoś zastrzelił. Przy pisaniu scenariusza korzystałem z wielu książek, włączając w to "Frontier Fighter" George’a Coe’a. To człowiek, który był przyjacielem Billy’ego, jeździł z jego bandą. 

- Kiedy potrzebowałem wytłumaczenia, dlaczego Billy zachował się w taki, a nie inny sposób, czytałem opowieść George’a. Ufam temu zapisowi. Wynika z niego, że Billy był po prostu autentyczny. Nie zmagałem się z jego charakterystyką, był taki, jaki był. Za każdym razem, kiedy widzę tę postać przedstawioną na ekranie jest tym szalonym przestępcą. A ja na to mówię: ‘zaczekajcie chwilę, jeżeli znacie kontekst, zrozumiecie kim jest i skąd pochodzi, to zauważycie, że był kimś innym’. Dla mnie, w pewnym sensie, ta historia jest odkupienie, jakie dałem temu bohaterowi. 

Muszę przyznać, że Tom Blyth, który wciela się w Billy’ego poradził sobie fantastycznie. Jak współpracowało się z nim na planie? To była jedna z jego pierwszych dużych ról. Jeszcze przed "Igrzyskami śmierci: Balladą ptaków i węży" czy debiutującym w styczniu "Ludzie, których spotykamy na wakacjach". 

- Mam o tym krótką historię. Postać Billy’ego to główna rola, jest w zasadzie w każdej scenie serialu. Wiedzieliśmy, że na pewno musi zagrać go Amerykanin. Mieliśmy wielu kandydatów, ale nie czułem, żeby któryś z nich jest Billym. Tom przystąpił do castingu jako jeden z pierwszych, przesłał nam swoje zdjęcie oraz notkę, w której napisał, dlaczego chciałby wcielić się w tego bohatera. Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłem, było jego niezwykłe podobieństwo do Billy’ego, a to już był dobry początek. 

- Testowaliśmy innych aktorów, a że proces nie należał do najłatwiejszych, to powiedziałem Tomowi: ‘słuchaj, Billy świetnie śpiewał i grał na gitarze’. Dwadzieścia cztery godziny  później dostałem nagranie, w którym Tom fantastycznie zaśpiewał i zagrał. Byłem pewien, że trzeba dać mu szansę. Nie tylko bardzo pragnął dostać tę rolę, ale myślał nad nią, rozgryzł ją. Tylko Tom mógł wcielić się w Billy’ego. Koniec końców musieliśmy wybrać kogoś z finałowej trójki. Rzadko korzystam z władzy, jaką daje mi stanowisko showrunnera. Lubię współpracować z innymi, nie rządzę się. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy postawię na swoim. Powiedziałem, że chcę Toma. A reszta stwierdziła: ‘dobrze Michael’. 

W jednym z wywiadów wspomniał pan, że obsada spotkała na planie prawdziwych kowbojów. 

- Serial kręciliśmy w Calgary, w Kanadzie. To miasto pełne kowbojów. Wielu z naszych aktorów było bardzo młodych. Musieli nauczyć się jeździć konno, więc zatrudniliśmy kowbojów, żeby zadbali o obsadę. W końcu wokół nich galopują naprawdę duże zwierzęta, więc wszyscy musieli być dobrze przygotowani. A chłopcy byli nimi zafascynowani - w końcu to spełnienie marzeń. "Billy the Kid" był dla wielu z nich jednym z pierwszych seriali, w jakich wystąpili. Są pełni energii, mogą wykonać różne sceny kaskaderskie - co może być lepszego? Mieliśmy wspaniałą obsadę, która się uwielbiała. Zaczęliśmy kręcić w trakcie pandemii, co było bardzo trudne. Spędzaliśmy razem dużo czasu, ale aktorzy grali w piłkę, chodzili na wycieczki, wspinali się; zawiązała się między nimi więź. 

Ta chemia między aktorami jest widoczna na ekranie. Rozmawiając o pracy na planie - jakie są największe wyzwania - dla scenarzysty, dla ekipy realizacyjnej - podczas kręcenia westernu? 

- Wszystko jest dramatyczne, a każda, nawet najmniejsza rzecz to sprawa życia i śmierci. Aktorzy biorą udział w scenach akcji, wspinają się, znajdują w budynkach, które płoną. Zawsze są w niebezpieczeństwie. Trzeba więc bezpiecznie wszystko zorganizować. Serial kręciliśmy na ranczo, gdzie realizowano westerny od lat 40. XX wieku. Niektóre ze zbudowanych starych miasteczek są nadal na tym ranczo. To jednak oznacza, że pracowały tu pokolenia filmowców. Wiedzą więc co robić, na ile mogą sobie pozwolić, jakie wyzwania na nich czekają. Mieliśmy silne poczucie bezpieczeństwa i pewność, że nikomu nic się nie stanie. Jednak kiedy patrzyłem na podgląd sceny - bałem się. Wszystko opiera się na zaufaniu.

"Billy the Kid" to kolejny serial, w którym bierze pan na warsztat historię. Jest pan producentem "Rodziny Borgiów", twórcą "Dynastii Tudorów" i "Wikingów". Co przyciąga pana w dramatach historycznych?

- Jedną z rzeczy, których nie lubię i w których nie jestem zbyt dobry, to pisanie oryginalnego materiału. Nie mam ochoty na taką opowieść - lubię zagłębiać się w historie, które są prawdziwe; opowieści o wspaniałych wydarzeniach historycznych, jakie miały miejsce. Chcę zrozumieć te postacie i sprawić, żeby widzowie zobaczyli w nich ludzi, a nie tylko postacie z kart historii; żeby potrafili się z nimi utożsamić. Można stwierdzić, że moją umiejętnością jest "uwspółcześnienie" bohaterów, którzy noszą kostiumy i wyglądają dość śmiesznie. Te historyczne figury mierzą się z problemami i wyzwaniami, które są ponadczasowe. 

- Kiedy przyszedłem do Showtime z pomysłem na historię o Tudorach usłyszałem, że nikt w Ameryce, może poza Nowym Jorkiem czy Kalifornią, nie będzie zainteresowany serialem historycznym o facetach w rajtuzach, którzy mierzą się z problemami, na których tym widzom w ogóle nie zależy. Powiedziałem wtedy: 'nie myślcie o Henryku VIII jako królu, tylko przedsiębiorcy rozprawiającym się z konkurencją'. Ponadczasowa historia o biznesie i rodzinie. Zawsze myślę o tym, że Henryk VIII nie przypuszczał, że zostanie królem, miał przecież starszego brata. Trafiłby do zakonu. Jednak nagle jego brat umiera, a on w wieku 22 lat zostaje królem Anglii. Pomyśl tylko - masz 22 lata i masz dosłownie wszystko, nikt nie może powiedzieć ci, co masz robić, lub czegokolwiek zakazać. Jeżeli spojrzeć na tę postać jak na człowieka, bez problemu się z nim utożsamisz. Z każdą postacią historyczną. Właśnie na tym mi zależy - żeby widzom zależało na tych bohaterach; aby ich życie zafascynowało odbiorców i było dla nich ważne, czy ta postać będzie żyć czy umrze. Jestem emocjonalnie związany z tymi historiami. Aby ją napisać, musi mi głęboko zależeć.

Jak wygląda twój proces twórczy? Dramat telewizyjny musi być skonstruowany w określony sposób - jak zachować równowagę pomiędzy prawdą historyczną a prawami telewizji, wprowadzanymi zmianami?

- Zacznijmy od tego, że nie istnieje taka rzecz, jak prawda historyczna. Jeżeli czytasz prace wielu historyków na temat określonego okresu historycznego, to zawsze przedstawiają inną opowieść. Informują, że znaleźli nowe dowody lub znowu je zbadali. Zawsze jest w tym pewna subiektywna decyzja dotycząca tego, czy coś jest autentyczne. Nie pytam mojego konsultanta historycznego, czy ta idea, którą wymyśliłem czy scena, jaką napisałem na podstawie faktów, które mi przedstawił, jest prawdziwa, bo nikt tego nie wie. Pytam, czy jest to wiarygodne, autentyczne. Jeżeli odpowiedź jest pozytywna, to ta scena znajduje się w serialu. Zwykle piszę o okresach historycznych, które mnie interesują - mówię, więc do mojego konsultanta: ‘znajdźmy głównego bohatera bądź bohaterkę i zobaczmy, co nam opowie, na jaką podróż zabierze. Jeżeli zabieram się za serial o wikingach, to chłonę wszystko, co zostało na ich temat napisane.

- Zafascynowałem się Ragnarem i Lagertą. Kto by pomyślał, że kobiety w społeczności wikingów były traktowane lepiej niż traktowano je w kulturze chrześcijańskiej? Mogły rządzić, posiadać ziemię, rozwieść się, walczyć; mogły być tarczowniczkami. Każdy członek społeczności miał prawo wypowiedzieć swoje zdanie podczas zgromadzeń. Oczywistym jest, że jedną z pierwszych scen, jakie umieściłem w "Wikingach" było takie zgromadzenie. Pierwszy odcinek był pełen rzeczy opartych na faktach. Wszystko zdołam wybronić. Kilka lat temu wydano książkę "Vikings on Vikings", którą napisało pięcioro nauczycieli akademickich z różnych uniwersytetów, w tym z Cambridge. 

- Porównali w niej wiedzę o wikingach z serialem i stwierdzili, że to, co zostało przedstawione w "Wikingach" jest autentyczne. Dawniej wielokrotnie słyszałem, że ‘to nie mogło się wydarzyć’. Kiedy pracowałem nad "Dynastią Tudorów" wielu brytyjskich historyków i dziennikarzy atakowało mnie; nie mogli uwierzyć, że Henryk VIII może być przedstawiony inaczej, że mógł być młody oraz przystojny. Pamiętali go tylko z tego znanego portretu na którym jest duży, ma brodę i nadwagę. Jest też i druga strona medalu. Pisałem kolejne odcinki "Dynastii...", kiedy zacząłem dostawać listy od amerykańskich nauczycieli, którzy dziękowali mi za "Tudorów". “Moi uczniowie zaczęli interesować się historią Wielkiej Brytanii. Wcześniej takie rzeczy się nie zdarzały.

Jakie chwile z planu "Wikingów" cenisz najbardziej? 

- Napisałem 89 odcinków “Wikingów" i zajęło mi to sześć czy nawet siedem lat. Cenię sobie wszystkie prywatne rozmowy, które odbyłem z aktorami i reżyserami. Z niektórymi nawiązałem głęboką przyjaźń, która czasami zmieniała bieg serialowych wydarzeń. Kiedy jesteś na planie, wokół ciebie odbywa się cały proces twórczy - pisanie scenariuszy kolejnych odcinków, kręcenie kolejnych scen, przygotowania aktorów. Scenariusz jest tylko informacją. John Dryden, angielski poeta, napisał, że 'proces twórczy to myśli i idee, które toczą się naprzemiennie w ciemności’. W momencie, kiedy pojawiają się nowe pomysły oraz myślisz nad wieloma rozwiązaniami, takie konwersacje podczas obiadów czy kolacji były fantastyczne. Te głębokie, inspirujące rozmowy, oprócz wszystkiego, co działo się wokół, sprawiały, że przez te wszystkie lata na planie nie chciałem się poddać. 

Pana kolejnym projektem jest serial "Bloodaxe".

- W 2024 roku zakończyliśmy zdjęcia do pierwszego sezonu "Bloodaxe", którego akcja rozgrywa się sto lat przed wydarzeniami z "Wikingów". Głównym bohaterem jest Eryk I Krwawy Topór, który był osławionym wikingiem, a później przez krótki czas był królem Norwegii. Po tym, jak został wypędzony z kraju walczył w Irlandii, Szkocji, Anglii. On i jego żona Gunhilda Matka Królów byli wspaniałą parą, trochę jak Bonnie i Clyde czasów epoki średniowiecza. To wspaniała produkcja - mamy dobrą, dużą i dość młodą obsadę; świetnych reżyserów. Nigdy nie przypuszczałem, że będę robił kolejny serial o wikingach, aż do chwili, kiedy ktoś zapytał, czy wiem, kim jest Eryk Krwawy Topór. Nie wiedziałem, a kiedy przeczytałem informacje na jego temat stwierdziłem: 'o rany, to jest zupełnie inna historia'. Mogę ją opowiedzieć. A za chwilę zbudowali dla nas nowe studio w Irlandii.  

Zobacz też: Dwadzieścia lat temu zagrał w światowym hicie. Powraca na ekrany w nowej roli

swiatseriali
Dowiedz się więcej na temat: Viaplay: Seriale
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL