Prowokacyjny miniserial Netfliksa. Zmysłowa opowieść o obsesji
"Ostatnio zauważyłam, że nie będę już nigdy miała władzy nad innym człowiekiem" - mówi w scenie otwierającej najnowszą czarną komedię Netfliksa Rachel Weisz. Jej bezimienna bohaterka, którą znamy jedynie jako M., już od pierwszych minut przebija czwartą ścianę i podobnie jak w "Fleabag" zwraca się bezpośrednio do widza, relacjonując mu po kolei ostatnie skandaliczne zdarzenia z jej życia. I jak szybko się przekonujemy, postać ta to niewiarygodna narratorka, której każde słowo należy brać z wielką rezerwą.
"Vladimir" to serial, w którym mniej lub bardziej okropni ludzie robią sobie okropne rzeczy. Opowieść rozpoczynamy, kiedy profesor literatury i kreatywnego pisania (Rachel Weisz) staje się centrum uczelnianego skandalu. Jej mąż romansował z kilkoma studentkami, a prawda, jak to ma w zwyczaju, wychodzi na jaw i wywraca życie bohaterki do góry nogami. Musi poradzić sobie ze zdradą, plotkami, upokorzeniem, insynuacjami za plecami.
W tym momencie na uczelni pojawia się Vladimir (Leo Woodall), na którego punkcie bohaterka szybko dostaje obsesji na tle seksualnym. Jej narrację z procesu męża i codziennych zmagań dość chaotycznie przeplatają fantazje na temat nowego, żonatego kolegi. Z biegiem czasu M. wpada w obłęd i zrobi wszystko, aby zwrócić na siebie uwagę Vladimira. Złamie prawo, pokombinuje, skłamie, ukryje prawdę, pozbędzie się ważnych dokumentów. A w trakcie wszystko dokładnie oraz kwieciście opowie widzom.
Zobacz też: Epicka historia miłosna dobiega końca. To była niezła lekcja życia i przełom w karierze
"Vladimir" to adaptacja wydanej w 2022 roku powieści Julia May Jonas pod tym samym tytułem. Określana jako intrygująca, prowokacyjna i ostra spotkała się z dobrym przyjęciem ze względu na sposób opowieści oraz niuanse w portretowaniu bohaterki i jej pragnień. Jak zaznacza sama autorka, powieść miała ukazać to, czego “mogą pożądać kobiety i na co mogą sobie pozwolić".
I choć poruszenie oraz oddanie kwestii społecznych w serialu wypada średnio by nie powiedzieć trochę kuleje (próba przedstawienia niuansów romansu między profesorem i studentką jest nieco chwiejna, a przedstawienie studentów mało zabawne, bardziej przyprawiające o grymas), to antybohaterka oraz wcielająca się w nią Rachel Weisz są największymi plusami serialu.
Weisz bawi się swoją rolą i czerpie ogromną radość z burzenia czwartej ściany czy przedstawiania wszystkich stanów emocjonalnych swojej balansującej na granicy obłędu postaci. Ukazuje jej wady, poczucie humoru, a monologi M. pozwalają jak najlepiej przenieść charakter bohaterki na ekran.
Z jej punktu widzenia oceniamy oraz obserwujemy całe otoczenie - męża, koleżanki, córkę. Nie jest to obraz obiektywny, ale pełny przeinaczeń, do których czasami się przyznaje, a czasami nie. Wierzyć jej jednak nie można - o czym najlepiej świadczy finałowa scena. Dla popisu aktorskiego Weisz zdecydowanie warto "Vladimira" zobaczyć.
Drugim najważniejszym atutem serialu jest humor i cięte dialogi oraz kilka ciekawych odniesień do popkultury. M. nie szczędzi mężowi Johnowi (John Slattery) sarkastycznych uwag, humor pozwala jej również poradzić sobie z kryzysem w życiu jej córki Sid (Ellen Robertson).
Dodając do tego szybkie tempo (każdy z ośmiu odcinków trwa około 30 minut) “Vladimir" jest interesującym eksperymentem, który choć może widzieliśmy już na ekranach kilka razy, to dobrze się ogląda - głównie dzięki genialnej Weisz, która przy serialu pełni również funkcję producentki. I, oczywiście, obowiązkowa propozycja dla wielbicielek talentu Leo Woodalla.
Zobacz też: Od lat biją rekordy popularności. Nie boją się łamać kolejnych tabu