"Piekło kobiet": Takiego serialu jeszcze u nas nie było. Trzeba przerwać milczenie
Nie mogłam się oderwać od tego seansu. Kibicowałam bohaterkom, współczułam im, podziwiałam ich odwagę i hart ducha. Byłam przerażona tym, z czym się mierzą i tym, że tak wiele z tematów serialu osadzonego w latach 30. XX wieku wybrzmiewa tak bardzo aktualnie dziś, chwilę po zapadnięciu prawomocnego wyroku w sprawie śmierci Izabeli z Pszczyny. A minął niemal wiek.
Hasło "Piekło kobiet" znamy już od blisko stu lat za sprawą tak właśnie zatytułowanego cyklu felietonów Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Tłumacz, krytyk, z wykształcenia lekarz, pisał je w 1929 roku. Polska huczała wtedy od dyskusji na temat prawa karzącego za "spędzanie płodu" - zarówno kobiety, jak i lekarzy. Bez okoliczności łagodzących.
Boy był najgłośniejszym przeciwnikiem tak drakońskich paragrafów. Wytykał ich iluzoryczność i zagrożenia wobec najsłabszych. Przypominał, że walcząc o prawo do życia, zainteresowanie nim ginie w momencie urodzenia. Bez litości punktował hipokryzję systemu i społeczną niesprawiedliwość. Rozprawiał się z obłudą. Gdy dziś czyta się te teksty, łatwo zapomnieć o dacie ich powstania. Tak często i gęsto są nadal aktualne.
Serial "Piekło kobiet" nie jest jednak ekranizacją Boya, niemniej doskonale oddaje opisane przez niego realia. Jednocześnie zaprasza do rozmowy o teraźniejszości.
Ton serialu nadaje już jego początek. Pierwsze ujęcie: sielanka. Helena Wróblewska (Agata Turkot) z promiennym uśmiechem na twarzy, w bajecznym kostiumie, pędzi automobilem do redakcji prowadzonego przez jej męża (Mateusz Damięcki wyjątkowo wieloznaczny, ciekawa kreacja) pisma "Fortuna Amandi". Za chwilę spotka się z interesantami, aby spisać ich anonse matrymonialne. Jest “ślicznie", nowocześnie, niemal progresywnie: nawet osoba homoseksualna może tu dyskretnie umieścić swoje ogłoszenie.
Cięcie. Sielanka znika. Kamera zagląda do ciasnej rudery-mieszkania. Do środka wchodzą dwie roztrzęsione dziewczyny. Zostaje jedna. Ma położyć się na stole kuchennym. Gospodyni sięga po metalowy wieszak. Taki sam, jak ten, który dekady później stanie się symbolem czarnych protestów. Jednym, pewnym ruchem skręca jego ramiona.
"Zagryź mocno, dziecko" - mówi do szlochającej młódki, wkładając w jej usta patyk. "Rękami trzymaj się stołu i nie puszczaj".
Kamera odjeżdża, ginie ostrość, ale i tak widać wystarczająco dużo. W tle leci "I put a spell on you" w wykonaniu Niny Simone. Potem nie będzie lżej. Reżyserka Anna Maliszewska, która (razem z Kubą Czekajem) zasłynęła przebojową "Infamią", poszła za radą Hitchcocka. "Zaczynaj historię od trzęsienia ziemi, potem podkręcaj napięcie".
W "Piekle kobiet" to napięcie wręcz eksploduje. Scenariusz Ewy Popiołek i Magdaleny Franczuk (Maliszewska również przy nim pracowała, mogąc wprowadzać własne poprawki) przenosi nas do Polski przedwojennej.
Piękne czasy? Cóż, obok euforii związanej z odzyskaniem niepodległości, kraj toczyły bieda, analfabetyzm, konflikty polityczne, społeczne i kulturowe. Kino, które na lata ukształtowało w naszych głowach obraz epoki, spełniało wtedy dwie role. Budowało patriotyczny wizerunek kraju lub oferowało czysty eskapizm. Magiczny, rozśpiewany, roztańczony świat z uśmiechem Jadzi Smosarskiej i Adolfa Dymszy na plakatach istniał tylko na srebrnym ekranie. "Piekło kobiet" go wprawnie dekonstruuje. Scena po scenie pokazuje, co kryło się za wodewilem i komedią.
Zaczyna się od trzęsienia ziemi, ale niedługo potem w serialu pojawiają się kolejne mocne wątki i tematy. Osią produkcji jest swoiste śledztwo kryminalne, dotyczące mężczyzny, który szuka swoich ofiar przez łamy "Fortuny Amandi". Anonse "Uczciwego Jana" pojawiają się stosunkowo rzadko, ale kończą zawsze tak samo: cierpieniem kobiet.
Napisałam "swoiste śledztwo", bowiem najbardziej zaangażowaną i przejętą osobą jest tu Helena Wróblewska. Policja? Widzowie na długo zapamiętają scenę przesłuchania kobiety, która zdecydowała się sprawę zgłosić. Mąż Wróblewskiej? Nie chce przecież, żeby jego pismo zamieszane było w skandal...
Równolegle serial prowadzi wątki związane z różnymi aspektami chcianego macierzyństwa i (nie)chcianych ciąż. Anna Maliszewska i scenarzystki sprawnie prowadzą nas przez labirynt klas społecznych, statusu, wykształcenia. System zawodzi, a kobiety zostają same albo znajdują fałszywych obrońców-ciemiężycieli (postać Borysa Szyca). Cena buntu? Niewyobrażalna: od możliwości ubezwłasnowolnienia, przez terapie arszenikiem i narkotykami, po śmierć.
"Piekło kobiet" porusza tak wiele kwestii, że zebrane tu, w kilku akapitach, brzmieć mogą jak... piekło, może nawet propaganda (?). Ale serial jest odległy od jednostronnych tez, chyba że tak oceni się wolność wyboru, godność, szacunek i równość. Produkcja skupia się przede wszystkim na losie poszczególnych bohaterek, ich wrażliwości, uczuciach, duszy, wreszcie sile, którą zyskują wspierając się.
Nie wszyscy mężczyźni są tu też źli - nie można takich słów na pewno napisać o Boyu (Tomasz Sapryk) - choć pojawia się on jedynie w tle głównych wydarzeń. Określić tak nie można młodego idealisty, studenta medycyny Emila Heckmanna (Hubert Miłkowski, łączący w swojej grze młodzieńczy temperament i gniew z wrażliwością i troską), który ponosi kolosalną stratę osobistą.
Nie wszystkie kobiety są tu też walczącymi sufrażystkami i odważnymi orędowniczkami niezależności kobiet. Na uwagę zasługuje grana brawurowo przez Katarzynę Herman Róża Milwicz, starsza siostra Maksa Wróblewskiego. Swoją kobiecość traktuje jako broń i za jej pomocą manipuluje mężczyznami. Sympatii raczej nie budzi, ale fascynację jak najbardziej. Odkryciem produkcji jest Bogumiła Bajor, która jako Hanka Stalówna, z zupełnie innego środowiska niż Róża, potrafi poruszyć bez budzenia taniej litości.
Wątki społeczne, kobiece, kryminalne to nie jedyne atuty "Piekła kobiet". Serial wyprodukowany przez Ewę Puszczyńską (producentkę m.in. "Idy", "Zimnej wojny" i "Silent Twins") jest fantastycznym, żywym widowiskiem, w którym zadbano o każdy detal artystyczny i realizacyjny.
Zdjęcia Wojciecha Zielińskiego (Maliszewska pracowała z nim wcześniej przy "Infamii") są nowoczesne i ostre. Miewają siłę z show "Babilonu", ale i mrok, kryminalny noir. Dynamicznie zmontowane i obudowane muzyką (także hitami) nadają narracji tempo. Akcja pędzi do przodu, kolejne odcinki zamykają się rasowymi cliffhangerami - od razu chce się wiedzieć, co dalej. Scenografia, kostiumy, wnętrza - są nie tylko zachwycające, ale też, gdy trzeba, okryte patyną, brudem, kurzem, unikają lukrowości obecnej w aż nazbyt wielu polskich produkcjach o tamtych latach.
Chwaliłam już większość aktorów - mało jednak napisałam o Agacie Turkot, która zaledwie kilka miesięcy temu niosła "Dom dobry" Wojciecha Smarzowskiego. A to ona jest "królową" "Piekła kobiet". Jej Helena Wróblewska jest wielowymiarową, zniuansowaną postacią, co pozwala Turkot na zaprezentowanie całego wachlarza emocji i stanów. Charyzmatyczna - mało powiedziane. Jest olśniewająca i prawdziwa w każdej sytuacji: cierpienia, radości, słabości i siły, rezygnacji i chęci walki o sprawiedliwość.
W wywiadzie dla Interii Anna Maliszewska zadała pytanie: "Jak długo można milczeć?". Los Polek przed wojną za długo był przemilczany, spychany gdzieś na margines. Razem z takimi książkami jak "Służące", "Chłopki" i "Ziemianki", choć w formie rozrywkowej, "Piekło kobiet" to wygodne milczenie przerywa. Takiego serialu u nas jeszcze nie było.
9/10
"Piekło kobiet" zadebiutuje w serwisie HBO Max 6 marca.