Był aktorem kochanym, zwłaszcza przez warszawiaków, którzy widzieli w nim swojaka, tego, co stolicy oddał całe swoje życie. Nic więc dziwnego, że na jego pogrzeb przyszły tłumy. Trumnę wystawiono w foyer Teatru Polskiego, w którym debiutował jako 10-latek i w którym zagrał swoje ostatnie przedstawienie.
Tadeusz Fijewski: z podwórka na Powiślu prosto na scenę
Tadeusz Fijewski urodził się w ubogiej rodzinie malarza pokojowego Wacława Fijewskiego. W domu było dziesięcioro dzieci, pieniędzy nie starczało niemal na nic, a przyszły aktor od najmłodszych lat wiedział, że chleb na kolację ma swoją cenę. To przekonanie zostało z nim już na zawsze.
Miał zaledwie 10 lat, gdy sąsiad, maszynista z Teatru Polskiego, zaciągnął go do teatru. Poszukiwany był chłopiec do sztuki "Chory z urojenia". Mały Tadzio chętnie się zgodził, a jego rodzice jeszcze chętniej. I nie chodziło bynajmniej o błyszczenie na scenie, a o coś bardziej konkretnego - niewielka gaża Tadzia była w domu mile widziana. A chłopcu bycie aktorem bardzo się spodobało. Od tego czasu chętnie brał udział w różnych artystycznych przedsięwzięciach.
Z czasem zaczął też występować w filmach. Partnerował największym gwiazdom przedwojennego kina - w "Dwóch Joasiach" wystąpił obok Jadwigi Smosarskiej, w "Pawle i Gawle" partnerował Adolfowi Dymszy i Eugeniuszowi Bodo.
Tadeusz Fijewski: dramatyczne losy aktora
We wrześniu 1939 roku zgłosił się do wojska jako ochotnik. Chciał walczyć za ojczyznę, ale nie został przyjęty. Bardzo to przeżył.
Los przygotował dla niego jeszcze cięższą próbę w 1940 roku. Przetrwał dzięki wsparciu bliskich osób. Szczególną rolę odegrała Helena Kaliszewska, matka jego przyjaciela, która zrobiła wszystko, by pomóc zarówno swojemu synowi, jak i jego koledze wrócić do domu
- Mam dwie matki. Tę, która dała mi życie, i tę, która podarowała mi je po raz drugi - powtarzał potem aktor ze wzruszeniem.

Wojna odebrała mu zdrowie i młodość, ale nie odebrała wrażliwości. Nadal mieszkał w swoim ukochanym mieście, nadal grał. Po raz ostatni zagrał młodego chłopaka w 1948 r. w filmie "Ulica Graniczna". A potem grał już tylko starych i zmęczonych życiem ludzi. Próżno szukać w jego artystycznym dorobku ról dojrzałych mężczyzn w kwiecie wieku.
Trudno uwierzyć, ale gdy w komedii "Pan Anatol szuka miliona" grał Anatola wyglądającego na emeryta, miał zaledwie 47 lat. Jego Czereśniak w serialu "Czterej pancerni i pies" to staruszek, a w rzeczywistości Fijewski miał 59 lat. Co ciekawe, przed wojną też nie grał rówieśników. W jego filmowym debiucie "Zew morza" (1927 r.) zagrał 10-latka, choć miał wówczas już 16 lat! Dopiero pod koniec kariery zaczął otrzymywać role mężczyzn w swoim rzeczywistym wieku.
Tadeusz Fijewski: piękna aktorka skradła jego serce
W życiu prywatnym największym szczęściem była dla niego Helena Makowska. Piękną aktorkę i śpiewaczkę operową poznał, gdy razem występowali w Teatrze Nowym. Helena zachwycała urodą. W latach 50. wystąpili razem w cyklu filmów o panu Anatolu. Ona grała Manię, czyli żonę Anatola. Para wydawała się niezbyt dobrana wizualnie - ona piękna i elegancka, a on sprawiał wrażenie poczciwego, nieco zaniedbanego człowieka. Widzów dziwił ten duet, a pewnie dziwiłby bardziej, gdyby wiedzieli, że w rzeczywistości też byli małżeństwem.
Tworzyli jedno z najbardziej zgodnych małżeństw aktorskich swoich czasów. Znajomi powtarzali, że byli nierozłączni i rozumieli się bez słów. Na ekranie grali małżonków, a po zejściu z planu wracali do wspólnego domu.
Los nie dał im jednak własnych dzieci. Oboje bardzo tego pragnęli, dlatego Fijewski z ogromnym oddaniem wychowywał syna żony z jej wcześniejszego związku. Był dla niego prawdziwym ojcem.
Tadeusz Fijewski: tajemnica wyszła na jaw dopiero po jego śmierci
Tadeusz Fijewski zmarł 12 listopada 1978 roku. Tuż przed śmiercią zagrał swoją ostatnią rolę w "Pełni" Andrzeja Kondratiuka - premiera filmu odbyła się już po jego śmierci.
Największe zaskoczenie czekało jednak rodzinę podczas pogrzebu.
Dwaj chłopcy, którzy pojawili się przy jego trumnie, okazali się wychowankami domu dziecka. Dopiero wtedy bliscy dowiedzieli się, że aktor od lat anonimowo finansował ich naukę. Nigdy nikomu o tym nie powiedział.
To właśnie ten gest sprawił, że pamięta się go nie tylko jako wybitnego aktora, ale przede wszystkim jako człowieka, który - mimo sławy i uznania - do końca życia nie zapomniał, czym jest bieda i jak wiele znaczy wyciągnięta do drugiego człowieka dłoń.
Zobacz też: Żona była jego największą miłością. Nie miała z nim łatwego życia









