Na platformie Disney+ można oglądać nowy serial kryminalny "Strzępy" spod ręki słynnego producenta, Ryana Murphy'ego, który połączył siły z Bretem Eastonem Ellisem, autorem powieści o tym samym tytule.
Wyemitowano już pięć odcinków. Czy warto sięgnąć po tę serialową nowość?
Co warto wiedzieć o serialu "Strzępy"?
Akcja serialu "Strzępy" rozgrywa się w Los Angeles lat 80. XX wieku i śledzi losy uprzywilejowanych uczniów ostatniej klasy elitarnej szkoły średniej. Młodzi bohaterowie mierzą się z pytaniami o własną tożsamość, pożądaniem i zazdrością, jednocześnie odkrywając mroczne strony dorastania skrywane pod pozornie idealną fasadą amerykańskiego życia.
W centrum wydarzeń znajduje się Bret (Igby Rigney) aspirujący pisarz i niezwykle spostrzegawczy nastolatek. Jego uporządkowana rzeczywistość zaczyna się rozsypywać, gdy w szkole pojawia się nowy uczeń Robert Mallory (Homer Gere). Jego przybycie zbiega się w czasie z narastającą falą strachu wywołaną przez seryjnego mordercę, którego ofiarami padają nastolatkowie z całego Los Angeles.

Bret obraca się w elitarnym kręgu przyjaciół, do którego należą Susan Reynolds (Kaia Gerber), Debbie Schaffer (Hayes Warner) i Thom Wright (Graham Campbell). Ich życie wypełniają luksus, imprezy i poczucie nieograniczonych możliwości, jednak pod powierzchnią pozornie idealnego świata kryją się skomplikowane relacje i narastające napięcia. Beztroska młodości bohaterów kontrastuje z mrocznym i cynicznym światem dorosłych, reprezentowanym przez Terry'ego Schaffera (Wes Bentley), Liz Schaffer (Evan Rachel Wood) oraz Stevena Reinhardta (Jordan Roth).
Oceniamy serial "Strzępy" na Disney+
Zobaczyłam już pięć odcinków serialu "Strzępy". Po pierwszym epizodzie miałam mocno mieszane odczucia. Fabuła ani mnie nie porwała, ani bohaterowie szczególnie nie przykuli mojej uwagi. W każdym razie z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej wciągała mnie intryga kryminalna i choć nadal nie uważam go za szczególnie udany serial, to dobrze sprawdził się jako niezobowiązujący zapychacz czasu, produkcja, po którą można sięgnąć, jeśli nie ma się co obejrzeć.
Głównym bohaterem jest Bret Easton Ellis, fikcyjna wersja rzeczywistego autora powieści. "Strzępy" nie są klasyczną biografią, ale podobnie jak książka, wykorzystują wątki autobiograficzne i mieszają rzeczywiste doświadczenia autora z elementami całkowicie wymyślonymi.

W roli głównej występuje Igby Rigney, którego do tej pory mogliśmy oglądać m.in. w "Klubie Północnym" czy "Zagładzie Domu Usherów". Obok niego występują dzieci znanych hollywoodzkich gwiazd: Homer Gere, syn Richarda Gere'a w roli Roberta Mallory'ego oraz Kaia Gerber, córka Cindy Crawford, w roli Susan Reynolds. Trudno pochwalić ich grę aktorską za coś szczególnego - wypadają po prostu w porządku. Oboje dobrze prezentują się na ekranie, ale ich kreacje nie zostają w pamięci na dłużej. W moim odczuciu najlepiej do swojej roli został dobrany Rigney, który już samą aparycją przypomina lata 80.
W serialu oglądamy także Evan Rachel Wood, która ostatnio coraz rzadziej pojawia się na ekranach. W "Strzępach" wciela się w zblazowaną, nieszczęśliwą żonę sławnego męża, matkę jednej z nastolatek. Kobieta próbuje swoich sił w filmach dla dorosłych.
Disney+ oznaczył serial kategorią wiekową 18+, co oznacza, że produkcja jest przeznaczona wyłącznie dla pełnoletnich widzów. Serial, jak to często bywa w przypadku produkcji Ryana Murphy'ego, pełen jest wątków ze świata filmów dla dorosłych, dosłownych scen zbliżeń.
I właśnie w tym tkwi największy problem "Strzępów". Wizualnie dopracowane niemal do perfekcji - aż nazbyt. Los Angeles lat 80. jest campowe, krzykliwe, ale bez skazy. Plastikowe, nieautentyczne. Twórcy wydają się szokować na siłę odważnymi scenami. Cierpi na tym warstwa fabularna. Narracja prowadzona jest ślamazarnie. Główna intryga kryminalna co jakiś czas schodzi na dalszy plan, jakby twórcy sami o niej zapominali. Z pewnością nie trzyma w napięciu. Gdzieś tam da się wyczuć wyśmiewanie się z fascynacji historiami true crime, ale twórcy nie prezentują w tym aspekcie niczego odkrywczego.
"Strzępy" okazały się sporym zawodem. Ryan Murphy ma w swojej karierze hity i klapy, ale jego ostatnie "The Beauty" naprawdę mnie wciągnęło. Nowy serial okazał się nieciekawym kryminałem, który przegrywa walkę o utrzymanie zainteresowania widza.










