Punisher działa poza prawem, a w starciu z typami spod ciemnej gwiazdy zwykle robi za prokuratora, sędziego i kata. W przeciwieństwie do takiego Wolverine’a, który również nie ma litości dla swych wrogów, nie podejmuje nawet prób wyjścia z otchłani, w której tkwi od czasu utraty najbliższych. Jego życie to zemsta i gniew – misja bez końca, znaczona ciałami drobnych rzezimieszków i wielkich bossów. Chociaż jego los czasem przecina się z zamaskowanymi herosami, wszyscy zawsze zaznaczają, że z Castle’em nie jest im po drodze. Mimo swej ogromnej popularności Punisher nigdy nie był pozytywną postacią. Garth Ennis, scenarzysta lubujący się w przemocy i gimnazjalnym poczuciu humoru, zasugerował zresztą w miniserii "Born" z 2003 roku, że pokłady gniewu i socjopatii były we Franku od początku. Tragiczna śmierć rodziny była tylko impulsem, by je uwolnić.
Jon Bernthal zadebiutował w roli Castle’a w drugim sezonie "Daredevila" w 2016 roku, a jego interpretacja od początku odznaczała się wyjątkową dzikością. Jego Frank był przeorany wszelkimi traumami, a jego szaleńczy ryk zwiastował początek masakry. Niemal niewrażliwy na ból, parł do przodu, zostawiając za sobą zgliszcza i trupy. Kto spodziewał się po "Ostatnim starciu" kontynuacji losów mściciela po jego ostatnim występie w "Daredevilu: Odrodzenie" lub podprowadzenia go pod skierowany do szerszej publiki "Spider-Mana: Całkiem nowy dzień", będzie zawiedziony.
"Punisher: Ostatnie zlecenie". Frank Castle kontra mała armia. Wynik jest łatwy do przewidzenia
Historia przedstawiona w najnowszej średniometrażowej produkcji Marvel Studios przedstawia Punishera w najgorszym momencie z dotychczasowych. Zastajemy go odseparowanego od ludzi, pomieszkującego w odrapanym apartamentowcu w podłej dzielnicy Nowego Jorku. Frank nie reaguje jednak na wszech otaczające go zło i zepsucie, jakby stracił wiarę w słuszność swoich działań. Zamiast tego chodzi jak w transie, rozmawia z duchami rodziny lub nielicznych przyjaciół, a w napadach rozpaczy rozważa zakończenie wszystkiego.
Wtedy na jego drodze pojawia się Mama Gnucci (Judith Light), matrona rodziny mafijnej, której Castle odebrał męża i synów. Podobnie jak on, kobieta oszalała z rozpaczy, a wyjścia szuka w zemście. Gnucci oznajmia, że wydała wyrok na Punishera, a o wskazanej godzinie po jego głowę ruszy mała armia. Wydawałoby się, że na weteranie nie zrobi to wrażenia. Jednak wraz z pierwszym ciosem coś się w nim budzi. Może on sam nie widzi sensu, ale instynkt działa. Frank jest sam, osłabiony, zdezorientowany i ranny. Wrogów są dziesiątki, mają łomy, maczety, karabiny i strzelby. Dla agresorów szybko staje się jasne, że szanse nie są równe – dla nich. I przekonują się o tym wyjątkowo boleśnie.
"Punisher: Ostatnie starcie". "The Raid" w uniwersum Marvela
Fabuła dzieli się na dwie części. Pierwsze 20 minut to Castle borykający się z duchami przeszłości. Później przychodzi jatka. Czuć pewne zgrzyty tej konstrukcji. W końcu mówimy o niespełna pięćdziesięciominutowym średnim metrażu. Wprowadzenie zajmuje niemal połowę z tego czasu. Jest to tym bardziej odczuwalne, że trauma protagonisty nie zostaje w żaden sposób rozwinięta. Wszystko, co mieliśmy o nim wiedzieć, zostaje podane na tacy bardzo szybko. Później taplamy się tylko w jego desperacji i depresji.
W drugiej części film zmienia się w klona kultowego "The Raid". Bohater jest zamknięty w ograniczonej przestrzeni, a zagrożenie czyha na niego w każdym zakamarku. Akcja rusza z kopyta i zatrzymuje się dopiero na chwilę przed napisami końcowymi. Po drodze Frank mierzy się z kolejnymi grupami wrogów, a w ruch idzie wszystko, co może zadać ból – nawet długopisy. Na szczęście nie ma tutaj wrażenia kolejnych etapów gry wideo. Z imersji wyrywają nas jedynie sporadyczne zgrzyty w postaci nieudanych efektów komputerowych – green screen miejscami mocno kłuje w oczy. Poza tym to sekwencja walki w więzieniu z drugiego sezonu netfliksowego "Daredevila" wydłużona do 20 minut – brutalna, krwawa i bezkompromisowa. I czasem hipnotyzująca.
"Punisher: Ostatnie starcie". Otchłań, w którą nie chce się zaglądać
Pozostaje po niej jednak gorzki posmak. Na początku twórcy budują świat, w którym działania Franka przyniosły efekt w najlepszym wypadku żaden, w najgorszym – odwrotny od zamierzonego. Ból po utracie najbliższych nie zniknął, jego droga do zatracenia nie ma końca, a zemsta pochłania go kompletnie, bez możliwości znalezienia nowych miłości lub nawet przyjaźni. Z kolei na miejsce zabitych przez niego przestępców pojawiają się nowi, często jeszcze gorsi. W samym "Ostatnim starciu" protagonista jawi się zresztą jako ktoś na granicy apatii i psychozy. Tymczasem w finale działania bohatera spotykają się nie tylko z akceptacją, ale nawet z sympatią. Ukoronowaniem tego jest kuriozalna scena z kwiatkiem.
Trudno przyjąć takie rozwiązanie, szczególnie gdy postać Punishera jest prawdziwą inspiracją dla sporego grona osób. Marvel komentował zresztą fascynację i błędne odczytanie jego osoby w pierwszym sezonie "Daredevila: Odrodzenie". Dziwne, że w "Ostatnim zleceniu" zaprzeczają tamtej strategii. Boli także, że finał zostaje podany bardzo poważnie, bez umowności innych opowieści o zemście – chociażby serii o Johnie Wicku. Mimo że seans minął bez większych zgrzytów, Bernthal pasuje do roli jak nikt, po seansie absolutnie nie ma się ochoty na więcej.
5/10
"Punisher: Ostatnie starcie" (Punisher: One Last Kill), reż. Reinaldo Marcus Green, USA 2026, platforma streamingowa: Disney+, premiera VOD: 13 maja 2026 roku.







