Burmistrz Wilson Fisk (Vincent D’Onofrio) rządzi Nowym Jorkiem twardą ręką. Jego oponenci są albo szantażowani, albo znikają zatrzymani przez AVTF, specjalną jednostkę powołaną z myślą o zamaskowanych mścicielach, a będący w rzeczywistości prywatną armią włodarza miasta. W centrum strefy wojny znajduje się ukrywający się Matt Murdock. I jest wściekły. Czas na negocjacje się skończył. Matt maluje dresik Daredevila czarną farbą i w przebraniu diabła znika w miejskiej dżungli, by łamać kości bojówkom burmistrza i znaleźć na niego kompromitujące materiały.
"Daredevil: Odrodzenie". Pocztówki z wiadomości, które nic nie znaczą
Trzeba przyznać, że drugi sezon "Odrodzenia" trafił w swój czas. Burmistrz, który dla podniesienia swej popularności przygotowuje się do występu w gali MMA oraz nieprzebierające w środkach oddziały AVTF często przywodzą na myśl obrazy z serwisów informacyjnych. Byłem więc zaskoczony, z jak wielkim dystansem oglądałem kolejne odcinki. Drugi sezon "Odrodzenia" jest mroczny i brutalny, ale niczym komiks z lat 90. Stawia wielkie i ważne pytania, ale nie potrafi na nie satysfakcjonująco odpowiedzieć. Chce być świeży i na czasie, ale okazuje się wtórny – powtarza i to, co kiedyś się udało (więc teoretycznie teraz też powinno wyjść), i stare błędy.
Matt walczy w ciasnych korytarzach i portowych dokach, a jego poplecznicy na salach sądowych i w kampaniach internetowych. On ma przeciw sobie kolejne fale uzbrojonych wrogów, a jego kompani skorumpowany system stojący po stronie burmistrza oraz prężnie działającą kampanię dezinformacyjną. Łączy ich wspólny wróg oraz fakt, że wszystkie potyczki ogląda się z coraz mniejszym entuzjazmem.

"Daredevil: Odrodzenie". Sceny walk nie mają energii
Zacznijmy od walk, które od zawsze były znakiem rozpoznawczym "Daredevila". Jest brutalnie – może nie tak, jak w drugim sezonie opowieści o Śmiałku z czasów netfliksowych, ale miejscami osoby o słabszych żołądkach mogą odwrócić wzrok od ekranu. Krew leje się na prawo i lewo, kości wystają z otwartych ran, a za broń może robić wszystko – szczególnie gdy na scenę wchodzi psychopata Bullseye o przerażającym uśmiechu Wilsona Bethela. Oczywiście mamy też obowiązkowy mastershot, w którym Daredevil mierzy się z armią wrogów. Czuć, że długo pracowano tutaj nad choreografią, a Matt to nie Thor – po kilku ciosach wyje z bólu i słania się na nogach. Jednak mimo to za dużo tutaj sztuczności – i w bryzgającej na lewo i prawo krwi, i latających wszędzie ciałach, które zdają się nic nie ważyć, i ciosach, które zdają się nie mieć siły. Niestety, kolejne potyczki stają się identyczne i szybko zmieniają się w jedną, szarą masę, wywołującą co najwyżej wzruszenie ramionami.
"Daredevil: Odrodzenie". Za dużo postaci pobocznych
A co z działaniami obsady drugoplanowej? Trzeba przyznać, że poza Mattem i Fiskiem śledzimy ogromną liczbę bohaterów. Są znani z wcześniejszych produkcji zabójca Bullseye i Karen Page (Deborah Ann Wolf), dawna wspólniczka Daredevila, a teraz także jego kochanka. Ich miłość rozwinęła się poza kadrem, co jest wyjątkowym przykładem scenariopisarskiego lenistwa. Sporo czasu zajmuje nam liczna ekipa wprowadzona w pierwszym sezonie "Odrodzenia": popadająca w obłęd terapeutka Heather (Margarita Levieva), niezależna reporterka BB Urich (Genneya Walton), prawniczka Kirsten (Nikki M. James), specjalista Fiska od brudnej roboty Buck Cashman (Arty Froushan) i oportunistyczny zastępca burmistrza Daniel (Michael Gandolfini). Każdy z nich ma swój wątek, większość z nich jest nawet rozwinięta i zwieńczona.
Co z tego, skoro wszyscy wydają się watą, sztucznie wypełniającą pustkę między kolejnymi spotkaniami Matta z Fiskiem i jego gangiem. Najmocniej czuć to, gdy w retrospekcjach powracają uśmierceni w przeszłości bohaterowie. W konfrontacji z nimi nowe postaci (rozwijane przecież od poprzedniego sezonu) wypadają blado. Niestety, regres zaliczyły także największe gwiazdy "Odrodzenia". Wiecznie wściekły Murdock został obdarty ze swojej charyzmy. Z kolei D’Onofrio powiela wypracowane ponad dekadę temu chwyty, które swego czasu uczyniły z Fiska jednego z najbardziej przerażających telewizyjnych antagonistów. Aktorstwo Wolf ogranicza się do robienia wielkich oczu. I chyba tylko Bethel ma ze swojego powrotu trochę frajdy. Zawsze pojawia się pytanie – czym tym razem kogoś zabije.
"Daredevil: Odrodzenie". Realizm i komiks w tym wypadku nie działają
W Nowym Jorku z "Odrodzenia" system jest zły a media zakłamane. Pozornie zostaje tylko wziąć pałkę i walczyć o swoje na ulicy. Drugi sezon serialu przepełnia gniew, wynikający po części z zepsucia i hipokryzji przeciwnej strony, a także bezsilności protagonisty. Ta jest szczególnie odczuwalna, gdy na scenę wchodzi – jasne, wrzućmy tutaj kolejną postać – pan Charles (nieznośnie szarżujący Matthew Lillard), reprezentujący siły, z którymi liczyć muszą się wszyscy zaangażowani. Sam Matt staje przed ważnymi pytaniami: jak daleko może się posunąć i nagiąć swe zasady, by zwalczać bezwzględne zło trawiące jego miasto.
Odpowiedź okazuje się w pewnym sensie przewrotna, ale też niesatysfakcjonująca. Podkreśla ona największą bolączkę "Odrodzenia". Fabuła jest osadzona blisko prawdziwego świata, ale wypełnia ją przerysowanie brutalna kreacja rodem z komiksów lat 90., gdy pięści, pałki i spluwy były rozwiązaniem każdego problemu. Im dalej w las, tym bardziej twórcy nie potrafią pogodzić tych dwóch konwencji. "Odrodzenie" to bajka, która chce być bardzo poważna. I można tam dodać hektolitry krwi, połamanych nóg i świadomych lub przypadkowych odniesień to problemów współczesnego świata, ale bez lepiej poprowadzonych postaci oraz spójnej konwencji to się nie uda.
5/10
"Daredevil: Odrodzenie" (Daredevil: Bron Again), USA 2026, platforma streamingowa: Disney+, premiera drugiego sezonu: 25 marca 2026 roku









