Klejnot

Opowiadanie biorące udział w konkursie "Gra o Tron".

Gdy go znalazła, pomyślała, że nigdy wcześniej nie widziała niczego tak pięknego. Dostrzegła go w stumieniu, gdy szorowała piaskiem przypalony kocioł. Blask księżyca wydobył go z mroku, a ona drżącymi rękami wydobyła go z wody. Kamień był prawie tak duży jak jej głowa, ciężki, pokryty siecią żłobień tworzących misterny wzór. W myślach nazywała go klejnotem - bo i skąd miała wiedzieć, jak wyglądają prawdziwe szafiry, diamenty i szmaragdy? Chociaż jej kamień nie lśnił jak tamte, jego srebrzysta jasność, poprzetykana gdzieniegdzie żyłkami zieleni, potrafiła uwięzić jej wzrok na długie minuty, gdy jej palce sunęły po chropowatej powierzchni idealnego owalu.

Reklama

Chętnie zmieniłaby te minuty w godziny, gdyby smutny żywot bękarta z Dorzecza nie odciągał jej skutecznie od tak czczych rozrywek. Regiana Rivers, córka praczki, po którą Nieznajomy przyszedł w dzień, gdy urodziła się Regiana, i lorda, Siedmiu raczy wiedzieć którego. Mając 6 lat, ze śmierdzącego sierocińca trafiła do rodziny karczmarza, czy, jak sama wierzyła, do ostatniego z Siedmiu Piekieł.

- Rusz się, durna dziewucho, rycerz i Lady nie będą czekać na swój miód do jutra - smagnięcie brudną szmatą w ramię zabolało, ale Regiana się nie skrzywiła. Przez ostatnie pięć lat przyzwyczaiła się już do razów otrzymywanych od żony karczmarza. I od niego samego, skoro o tym już mowa. A także od ich leniwej córki, o dwa lata starszej od Regiany i przynajmniej dwa razy cięższej.

- Tak, proszę pani.

Regiana, niosąc tacę w stronę siwego rycerza i pięknej, choć już nie najmłodszej, kobiety, usłyszała strzęp rozmowy.

- ...po prostu się martwię, Rodriku. Prawie zabili Brana, więc co ich powstrzyma przed skrzywdzeniem Neda i dziewczynek?

- Spokojnie, Lady Catelyn. Lord Stark zawsze był ostrożny.

- Moja Pani, Ser, przyniosłam miód - Regiana dygnęła przed szlachetnie urodzonymi. - Przepraszam, że tyle to twało.

- Nie szkodzi, dziecko - kobieta, którą rycerz nazwał Lady Catelyn, obdarzyła ją matczynym uśmiechem.

To właśnie ten uśmiech najbardziej zapadł Regianie w pamięć, nie następujące po nich wydarzenia, o których obecni wtedy w karczmie mieli mówić jeszcze latami. Pojawienie się karła. Przedziwna rozmowa, do której doszło między nim, a Lady Catelyn. Wsparcie uzyskane od kilkunastu obecnych rycerzy i aresztowanie karła. Lorda Lannistera.

Po tym dniu, którego prawdziwe znaczenie miało objawić się dopiero po kilku tygodniach, Regiana nadal dzieliła swoje jedenastoletnie życie pomiędzy ciężką pracę w karczmie, a ukradkowe podziwianie klejnotu, ukrytego przed rodziną karczmarza pod deskami podłogi w jej nędznej izdebce. Wiedziała, że natychmiast by jej go odebrali, pewnie sprzedali. Był taki piękny... Sama zastanawiała się czasem nad tym, żeby wymknąć się nocą, znaleźć kogoś, kto dałby jej za niego dobrą cenę i poszukać lepszego życia. Ale dokąd mogłaby pójść? Poza tym, choć ganiła sama siebie za tak niemądre myśli, wiedziała, że nie chce rozstawać się z klejnotem. Był prawie jak... jak przyjaciel.

Aresztowanie karła było jak iskra. Choć Regiana nie znała się na polityce (nie znała nawet samego słowa "polityka"), to wiedziała, że to właśnie ono kilka tygodni później sprowadziło wojska do Dorzecza. Sztandary Lwów, sztandary Wilków. I coraz większy niepokój.

Leżąc na podłodze swojej izdebki po ciężkim dniu podawania gorzkiego ale spragnionym żołnierzom, Regiana nasłuchiwała dźwięków nocy przez otwarte okno. Pohukiwanie sów uspokajało ją, a cykanie świerszczy utulało do snu niczym kołysanka. Gdzieś na krawędzi świadomości dotarło nagle do niej, że sowy już nie pohukują, świerszcze nie cykają. Nocny chór wzbogacił się o nowy dźwięk, niepokojący i budzący lęk. Pijackie głosy były coraz bliżej. Łomot do drzwi, krzyki, tłuczone szkło. Regiana poderwała się z podłogi niemal w tym samym momencie, gdy drzwi do jej izby otwarły się z hukiem. Mężczyźni trzymali w dłoniach miecze i sztylety. Gdyby nie ich wyraźne upojenie trunkiem, zabiliby ją od razu. Kilka sekund, które stracili, chwiejąc się w rozbitych drzwiach, pozwoliło jej uciec przez otwarte okno. Zjazd po pokrytym gontem dachu, upadek w kępę krzewów. Na całym ciele czuła zadrapania, ale szybko się podniosła i pobiegła w stonę lasu. Żyła. Bezpieczna, ukryta w gęstwinie drzew, obserwowała, jak miejsce, w którym spędziła ostatnie pięć lat zmienia się w pochodnię.

- Klejnot... - wyszeptała.

O świcie, gdy żołnierze już odeszli, a z karczmy pozostała góra kamieni i popiołów, Regiana wyruszyła na poszukiwania swojego skarbu. Starając się nie patrzeć na zwęglone szczątki, które mogły należeć równie dobrze do karczmarza, jak i jego żony, grzebała patykiem w popiole i kopniakami przesuwała zwęglone belki. W końcu, gdy słońce stało już wysoko nad pogrążoną w wojnie krainą, Regiana odnalazła kamień. Tyle, że przestał on już być kamieniem. Srebrzysta skorupa z zielonymi żyłkami - kolory, w które kiedyś mogła się wpatrywać bez opamiętania, nagle straciły dla niej cały swój blask. Jej wzrok zatrzymał się obok, na niewielkim stworzeniu, które też wpatrywało się w nią jasnymi oczami, oczami o kolorze złotych dukatów, które karczmarz z tak wielkim upodobaniem polerował każdego wieczoru. Zielonkawe, błoniaste skrzydła utworzyły obłoczek pyłu, gdy istota nimi poruszyła. Srebrzysta łuska pokrywająca jego tułów była przyjemnie ciepła, gdy istota wspięła się zwinnie po wyciągniętej ręce Regiany. I wtedy dziewczynka roześmiała się - po raz pierwszy w życiu, dźwięcznym głosem pełnym radości, ufności i poczucia, że teraz już wszystko będzie dobrze.

- Witaj, Klejnot - powiedziała Regiana.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje