Bon appétit, Hannibal

Ktoś w NBC musi bardzo lubić Bryana Fullera. To chyba nie jest specjalnie dziwne, bo to jeden z najbardziej kreatywnych scenarzystów ostatnich lat. Chociaż "Pushing Daisies" zakończyło się raptem po dwóch sezonach, a "Mockingbird Lane" nie przyjęło się w ogóle, to na "Hannibala" dostał zielone światło.


Reklama



Dawno nie widziałam tak pięknego serialu. Obrazy w połączeniu z muzyką tworzą przebogatą ucztę dla zmysłów. Dawno też żaden serial nie jeżył mi włosków na karku i trzymał w kleszczach niepokoju przez 40 minut każdego odcinka. Jak duża w tym zasługa samej strony audio-wizualnej, a jak aktorów i scenariusza?

Hugh Dancy i Mads Mikkelsen spotkali się dziesięć lat temu na planie "Króla Artura". Grali tam przyjaciół i towarzyszy broni. Teraz jako Will Graham i Hannibal Lecter zmierzają ku nieuchronnej i brutalnej konfrontacji. Obaj mieli trudne zadania - jeden mierzył się z legendarną już kreacją Anthony'ego Hopkinsa. Drugi musiał wiarygodnie oddać genialnego agenta w stanie prawie kompletnej rozsypki, który zmaga się nie tylko z rzeczywistymi mordercami i niebezpieczeństwami, ale walczy też z demonami w swojej głowie. Obaj, można powiedzieć po tych kilku wyemitowanych epizodach, wyszli z tego obronną ręką. Nie mam prawie nic do zarzucenia ich postaciom. Prawie, bo czasami było mi trudno zrozumieć dialogi, które Mikkelsen wygłasza w nieco za szybkim tempie i z mocnym akcentem. Ale może chodzi tu o wyłamanie się ze stereotypu, w którym elegancki seryjny morderca mówi zwykle z brytyjskim akcentem, jak nam pokazano w słabym "The Following"?

Odnoszę wrażenie, że jako dodatek do obsady i ekipy realizatorskiej został zaangażowany specjalny sztab ludzi tylko po to, by pilnować dopięcia na ostatni guzik nawet takich rzeczy, jak ułożenie fig na talerzu podczas kolacji. Symetria w kadrach, ta niemalże chorobliwa dbałość o szczegóły i symbolikę, robi naprawdę wielkie wrażenie, a wnętrza zaczynają kojarzyć się z takimi filmami, jak "Lśnienie". Druga ekipa dba pewnie o estetykę serwowanych przez Lectera dań. Aby ślinka ciekła nam w tej samej chwili, w której zastanawiamy się, czy to na pewno potrawa z wieprzowiny.

W dobie, kiedy nawet serie o postapokaliptycznej koegzystencji z kosmitami używają coverów Nirvany, w Hannibalu tego nie uświadczymy. Tutaj towarzyszy nam muzyka klasyczna, bądź też oryginalny soundtrack, który niektórym może wydawać się nierówny, niespójny i nie do zniesienia, ale który przez to wpasowuje się w klimat. Muzyka "kanciasta i rozstrojona" (jeśli ktoś znajduje na nią lepsze słowa, to proszę o oświecenie mnie) pasuje do odwiedzin krwawego miejsca zbrodni czy wizji agenta Grahama o wiele bardziej, niż akustyczna wersja "Sympathy For The Devil".

Ktoś mógłby uznać formę kryminału proceduralnego za niestosowną do serialu o doktorze Lecterze. Że rozwiązywanie jednej sprawy na odcinek jest już oklepane i nudne. Komuś bardziej spodobałoby się, gdyby Graham i cała Sekcja Behawioralna od razu rzucili się w pościg za psychiatrą-kanibalem, zamiast uganiać się za innymi psychopatami. Jednak to gdybanie, czy te okrutne zbrodnie są już dziełem Lectera czy nie, nadają napięcia całemu serialowi. Bo wszystko, co widzieliśmy do tej pory mogło teoretycznie jego dziełem, ale na końcu okazuje się, że jednak tak nie jest. A z jego kamiennej twarzy nie da się nawet wyczytać, czy faktycznie próbuje pomóc Grahamowi, czy szuka sposobu by się oczyścić, czy właśnie czerpie inspirację.

swiatseriali.pl
Dowiedz się więcej na temat: Hannibal | seriale

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje