Spartacus: Gods of the Arena

Spartakus: Bogowie areny

Ocena
serialu
7,6
Dobry
Ocen: 62
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

Wewnętrzna walka gladiatora

W prequelu serialu "Spartakus", zatytułowanym "Spartakus: Bogowie areny", Dustin Clare wkracza na scenę w stylu, który trudno zapomnieć.

Oto na arenę dumnym krokiem wychodzi skąpo odziany gladiator, gotowy, by zniszczyć swoich przeciwników; jego gładka klatka piersiowa lśni, mięśnie falują, a dłoń dzierży miecz. Na trybunach omdlewające kobiety obnażają swoje piersi i krzyczą jego imię: Gannicus!

Reklama

Ale Gannicus - i Dustin Clare - mają do zaoferowania coś więcej ponad to, co widać na pierwszy rzut oka.

- Zainteresowała mnie skomplikowana psychika tego bohatera - mówi Clare, doceniany przez krytyków młody aktor z australijskiej Nowej Południowej Walii.

- Wydaje mi się, że jest to postać o autodestrukcyjnych zapędach. Gannicus przejawia skłonności samobójcze. Dopuszcza się w życiu pewnych nadużyć, by móc funkcjonować w otaczającej go rzeczywistości.

Zagadka, która się w nim kryje, to paradoks polegający na tym, że jako gladiator może on właściwie wybrać życie lub śmierć - a jednak nieustannie zmaga się z tym wyborem.

- To bohater pełen genialnych sprzeczności - ciągnie odtwórca roli Gannicusa.

- Widzimy, jak nadużywa alkoholu; jak popełnia grzechy natury cielesnej... Są to dla niego sposoby ucieczki od rzeczywistości, a najważniejszym z nich - a zarazem miejscem, gdzie budzi się do życia - jest arena. Wtedy dopiero widzimy go w akcji!

Show Gannicusa

- Zdradzę, że zbudowałem tę postać na australijskim bokserze, Aborygenie Anthonym Mundine. Mundine, wychodząc na ring, potrafi zjednać sobie publiczność - dodaje Clare.

- Czy widownia jest po jego stronie, czy nie, on i tak potrafi wykorzystać ją po swojej myśli. Od tego właśnie zacząłem, pracując nad rolą Gannicusa. Chciałem, by on też zawsze wykorzystywał publikę po swojej myśli, żeby był prawdziwym showmanem i żeby był buńczuczny - właśnie dlatego, że jest tak dobry.

Amerykański kanał Starz pokazał pierwszy odcinek "Spartakusa: Bogów areny" 21 stycznia. Sześcioodcinkowa produkcja jest prequelem serialu "Spartakus: Krew i piach".

Ponownie zobaczymy w niej Batiatusa (John Hannah) - w realiach starożytnego Rzymu pozycja tego ambitnego właściciela szkoły gladiatorów zależy w dużej mierze od tego, jak powodzi się jego wojownikom, a zwłaszcza Gannicusowi, jego największej gwieździe.

Na ekran powróci również Lucy Lawless jako Lukrecja, bezustannie oddająca się intrygom żona Batiatusa - a także Peter Mensah w roli Oenomausa i Manu Bennett jako Crixus.

Nowe twarze w obsadzie to m.in. Jaime Murray, czyli Gaja, uwodzicielska przyjaciółka Lukrecji, i Marisa Ramirez - Melitta, żona Oenomausa i osobista niewolnica małżonki Batiatusa.

Clare, z którym rozmawiam telefonicznie (aktora zastałem na spacerze po wzgórzach nieopodal jego domu w Nowej Południowej Walii), nakreśla przede mną obraz serialu, który stanowi zarówno zamkniętą całość, jak i wprowadzenie do wydarzeń ukazanych w "Krwi i piachu".

A także, jak przyznaje, "szaleńczą jazdę", której całokształtu dopełniają nagość, krwawe sceny, przemoc i seksualność - co do jednego w wydaniu ekstremalnym.

- To fascynujący serial - zapewnia mnie Clare. - Nie ma w nim nawet jednego nudnego odcinka. Nie ma nawet jednego nudnego momentu. Jego twórcy wiedzą już, z czym to się je, i wydaje mi się, że tym razem jeszcze bardziej pogłębili analizę postaci i zachodzących między nimi interakcji. Sceny walki zostały jeszcze bardziej "podkręcone", jeśli w ogóle jesteś w stanie to sobie wyobrazić.

Na pograniczu moralności

- Jeśli chodzi o Gannicusa, to nie spotkaliśmy go wcześniej i nie wiemy o nim nic - kontynuuje.

- Wszyscy więc dopiero go poznajemy. Przez pierwsze trzy odcinki nie zdradzamy wszystkiego, w związku z czym widz będzie stopniowo badał tę postać, odkrywał jego pochodzenie i jego stosunek do świata. Moim zdaniem będzie to serial szybki, ale wielce zajmujący.

- Co do tego, jak daleko się posuwamy, to na obecnym etapie mogę powiedzieć, że jako aktor człowiek wyznacza sobie granicę tego, co dla niego jest moralnie dopuszczalne. Ale też poniekąd jest tak, że do tej granicy trzeba dojść, żeby wiedzieć, że to za daleko.

- Tak też musiało być w tym serialu. Twórcy wiele razy musieli przekonać się, jak daleko mogą się posunąć - i czasami bywało tak, że mówili: "Wiecie co? Może za dużo tego dobrego. Może będziemy musieli w tym miejscu wyhamować".

- Jednak, prawdę mówiąc, to w większości przypadków nie wyhamowywali - przyznaje ze śmiechem odtwórca roli Gannicusa. - a to dlatego, że jest to terytorium, po którym inni lękają się stąpać.

Najsłynniejszy płatny morderca Australii

Dla amerykańskiej publiczności Clare może i jest nową twarzą, ale w swojej rodzinnej Australii jest dobrze znany telewidzom. W jego dorobku jest m.in. drugi i trzeci sezon serialu "Satysfakcja" (2008 - 2010), w którym zagrał żigolaka Seana, i drugi sezon "Porachunków" (2009), dzięki któremu dał się poznać jako najsłynniejszy płatny morderca Australii. Po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę, grając w popularnym serialu "Córki McLeoda" (2006 - 2007), gdzie grał Rileya Warda, trudniącego się różnymi profesjami bawidamka.

- Był taki czas w moim życiu, kiedy zadawałem sobie pytanie, na czym tak naprawdę mi zależy - mówi Clare.

- Kończyłem właśnie szkołę średnią i zdecydowałem, że tym, czym chcę się zająć, jest aktorstwo. Ten zawód budził we mnie uwielbienie i palące mnie od wewnątrz pożądanie...

- By iść za tym wewnętrznym głosem, trzeba mieć w sobie odwagę - dodaje.

- Jeśli dążysz do realizacji swoich pragnień, to tym samym wzbogacasz świat, wzbogacasz potencjał kreatywności w świecie. Dlatego właśnie uprawiam ten zawód - dla czystej miłości, jaką darzę aktorstwo, i z żadnej innej przyczyny. Jestem aktorem i nie mam ochoty być kimkolwiek innym.

- Naprawdę to kocham - podkreśla. - Interesuje mnie grana przeze mnie postać, interesuje mnie opowiadana historia, a poza tym uwielbiam zmieniać się fizycznie. Chcę poddawać samego siebie próbom i zgłębiać wspaniale napisane historie i postaci w ramach pracy, która jest interesująca i wciągająca.

Chociaż Clare zagrał w kilku filmach telewizyjnych, a nawet wyreżyserował, wyprodukował i napisał scenariusz do jednego z nich ("Cane Cutter", 2008), to wciąż jeszcze czeka na swój debiut na dużym ekranie.

Wkrótce jednak się to zmieni: aktor pojawi się u boku Judy davis, Charlotte Rampling i Geoffreya Rusha w dramacie "Oko cyklonu" Freda Schepisi, który niedługo wejdzie na ekrany kin.

- Mam nadzieję, że ten film będzie pokazywany na całym świecie - mówi.

- Skład obsady powinien zagwarantować kilka seansów w Ameryce.

Scenariusz "Oka cyklonu" został oparty na bardzo słynnej powieści o takim samym tytule, autorstwa Patricka White'a, australijskiego prozaika.

To historia seniorki pewnego rodu, którą gra Charlotte Rampling, i jej końcowych zmagań z życiem, a także prób, jakie podejmuje, by utrzymać swoją pozycję w rozpadającej się rodzinie.

- Jeśli chodzi o mnie, to gram Cola, mężczyznę głównej bohaterki - dodaje.

- Ona zostawia mnie jednak dla innego - gra go Geoffrey Rush. Na końcu jednak wraca do mnie, nie jest więc tak źle.

Amerykański sen

Clare nie wie jeszcze, czym zajmie się w najbliższej przyszłości. Rozważa kilka propozycji z zewnątrz, ale chce też kontynuować działalność w swojej raczkującej firmie producenckiej, Fighting Chance Films, dla której wyreżyserował i wyprodukował trzy krótkometrażowe obrazy - jeden z nich to wspomniany "Cane Cutter"; pozostałe to "Early Checkout" (2009) i "Kanowna" (2010).

Kilku jego rodaków i rówieśników - jak chociażby Joel Edgerton i Sam Worthington - pracuje obecnie w Ameryce. Dustin Clare nie wyklucza, że podąży w ich ślady.

- Jeśli pojawi się jakiś fascynujący scenariusz, obojętnie, gdzie, to będę chciał opowiedzieć tę historię i stać się jej częścią - deklaruje.

- Nie jestem w żaden sposób uwiązany w Australii. Jeździmy pracować do Stanów dlatego, że wy, Amerykanie, jesteście tacy dobrzy w tym, co robicie. A robicie świetne kino i świetną telewizję. Nie tylko wiecie, jak robić to dobrze, ale też jak robić to na wielką skalę.

- Wydaje mi się, że my wszyscy - aktorzy, reżyserzy, scenarzyści - ulegamy pragnieniu znalezienia się na tym rynku i zaprezentowania się w tych monumentalnych historiach filmowych z całym ich rozmachem - kończy swój wywód Clare.

- Kto spośród ludzi kina nie chciałby opowiadać wspaniałych historii, w dodatku takich, które trafiają do odbiorców na całym świecie?

- Sądzę, że nie ma takiej osoby, która nie chciałaby brać w tym udziału.

Ian Spelling

New York Times

Tłum. Katarzyna Kasińska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama