House M.D.

Dr House

Ocena
serialu
8,1
Bardzo dobry
Ocen: 1026
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Doktor House": Siedzę, oglądam i czytam

Jacek Brzostyński należy do czołówki polskich lektorów. Lubi żartować, że ma fajną pracę, bo od rana do wieczora siedzi, ogląda i czyta filmy oraz seriale. Co prawda jego kręgosłup ma inne zdanie na ten temat, ale on... nie ma głosu.


 

Reklama

W których produkcjach z bieżącego repertuaru stacji telewizyjnych można usłyszeć pański głos?

- Wymienię tylko kilka: "Czarna lista", "NCIS: Kryminalne zagadki Los Angeles" czy "NCIS: Kryminalne zagadki Las Vegas". Niedawno skończyłem "Doktora House’a" oraz "Prawdziwą historię Borgiów". Zacząłem za to "Nowy świat". Dogrywam też "Współczesną rodzinę", która bardzo mnie śmieszy. Lubię ten serial, mimo że jest przegadany, a lektorzy nie przepadają za tym.

W siedzibie TVP przeczytałem ogłoszenie o kursie lektorskim...

- Sugeruje pan, że powinienem zapisać się na ten kurs? (śmiech)

Nie, nie do tego zmierzam. Załóżmy, że mam przyzwoitą dykcję, a mój głos nie brzmi irytująco. Czy ukończenie takiego kursu otworzy mi drogę do zawodu lektora?

- Ja czegoś takiego nie przechodziłem. To może byłaby niezła droga, ale wszystko zależy od tego, jak ten kurs jest prowadzony i przez kogo... Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie.

A jakie cechy powinien posiadać dobry lektor?

- Sam pan już wspomniał o tak oczywistych sprawach jak dobry głos i nienaganna dykcja. W tym zawodzie bardzo ważna jest umiejętność płynnego i logicznego czytania. Bo w tej pracy czas jest bardzo cenny. Dlatego zatrudniani są ci lektorzy, którzy potrafią przeczytać tekst a vista. W praktyce wygląda to tak, że wchodzę do studia, siadam i czytam. W czasie czytania nie powinno się nadmiernie eksponować emocji, ale emocje - tak uważam - trzeba przekazywać. Od lat o tym mówiłem, sprzeciwiając się pewnym opiniom na rynku - że lektor nie może być bezbarwny. Nie mogę tym samym tonem przeczytać "kocham cię" i tak samo "zabiję cię".

Bez emocji, czyli jak to się mówi w fachowym żargonie "na biało".

- Tak, na biało. Nigdy tak nie czytałem i nigdy tak czytać nie będę. Tyle że te emocje nie mogą przekraczać pewnych granic. Muszę być zawsze trochę poniżej.

- Starsi czytelnicy pamiętają jeszcze kinowe Konfrontacje, na których zatrudniano lektorów do czytania polskich dialogów. Otóż, kiedyś jako widz trafiłem na film, w trakcie którego lektor dostawał brawa po każdej kwestii. On właśnie czytał na biało i nikt z widowni nie był w stanie tego wytrzymać. Czytał trochę jak robot.

Jeśli już mówimy o przekazywaniu emocji, to czy zawód aktora pomaga w pracy lektora?

- Umówmy się, że na wszelkie tego typu pytania odpowiadam wyłącznie w swoim imieniu... Spędziłem lata na scenie i dużo czasu na planach filmów oraz seriali. Uważam, że to doświadczenie mi pomaga. Teraz pracuję jako lektor, ale trochę aktora we mnie zostało. Jestem na przykład w stanie przewidzieć reakcje aktora w filmie. Pewnie, że czasem aktorzy mnie zaskakują, ale generalnie wiem, czego mogę się spodziewać. To mi pozwala przygotować się nawet na ułamek sekundy przed reakcją aktora na ekranie. Działam intuicyjnie, ale ta intuicja wspomagana jest aktorskim doświadczeniem.

Do tego jeszcze zawód aktora daje czynnemu lektorowi niesamowitą okazję przeczytania dialogów do filmu, w którym sam zagrał...

- Tak, to przyjemna anegdota z mojej zawodowej historii. Jako młody człowiek zagrałem w amerykańskim filmie "Triumf ducha" z Willemem Dafoe. Do dziś przechowuję autograf od tego znakomitego aktora. To było ciekawe doświadczenie i miłe wspomnienie, tym bardziej że - jak pan wspomniał - później nagrałem polskie dialogi do tego filmu.

Niedawno w którymś z seriali lektor konsekwentnie czytał słowo "snajperzy", gdy z akcji ewidentnie wynikało, że chodzi o "saperów". Tłumacz popełnił błąd, a lektor go bezrefleksyjnie powielił. Czy zdarza się panu, że ingeruje w treść tłumaczenia?

- Niejednokrotnie reaguję na takie rzeczy, i denerwuje mnie to, że ktoś nie wykonał należycie swojej pracy. Staram się naprawiać błędy stylistyczne i gramatyczne, a czasem i merytoryczne. Zawsze jestem zły w takich momentach. Ja te teksty firmuję własnym głosem i nazwiskiem. Widz nie musi sobie zdawać sprawy z faktu, że czytam zdanie z błędami, bo ktoś je błędnie przetłumaczył. Widz przed telewizorem powie: "Co ten kretyn czyta?". Z drugiej strony uważam za swój obowiązek bronić czystości języka. Za bardzo jesteśmy atakowani z każdej strony językowymi brudami. Jeśli na przykład pani w programie o książkach mówi, że "książka się nazywa", to ja się z tym wewnętrznie nie zgadzam.

Po przemianach ustrojowych niektórzy specjaliści od mediów zupełnie serio mówili, że lektorzy to pozostałość poprzedniego systemu. Powoływano się przy tym na przykłady z telewizji zachodnich, w których wszystkie filmy są dubbingowane lub - rzadziej - emitowane z napisami. Ogłoszono rychłą śmierć zawodu lektora, ale jak się po latach okazało, przedwcześnie.

- Na dubbing trzeba mieć dużo większe pieniądze, a lektor jest tani. Poza tym spod lektora jednak słychać oryginał. Ja uważam, że lektor to kompromis między dubbingiem, napisami a oglądaniem w oryginale. Ta ostatnia forma oglądania jest dla wybranych. Z kolei napisy wymagają innego rodzaju skupienia. Nawet jeśli człowiek czyta bardzo sprawnie, zawsze coś umknie mu z reakcji postaci na ekranie. Poza tym odpowiem przekornie - dlaczego mamy mieć kompleksy w stosunku do zachodnich telewizji? A może oni nie mają dobrych lektorów?

Tam z kolei jest taka sytuacja, że na przykład w niemieckojęzycznych telewizjach są aktorzy przypisani do dubbingowania konkretnych aktorów amerykańskich, i jakiś - załóżmy - Hans Miller jest dożywotnio głosem Clinta Eastwooda.

- Świetnie, przełóżmy to teraz na nasz rynek. Ile trzeba by zapłacić aktorowi za taki kontrakt, żeby pracował tylko wtedy, gdy do telewizji czy na ekrany kin wchodzi nowy film z Eastwoodem? Piękne życie, ale kto za to zapłaci?

A gdyby jednak zaproponowano panu taki kontrakt, którego z amerykańskich gwiazdorów chciałby pan dubbingować?

- Nie mam pojęcia. Przypuszczam, że i tak decydują o tym amerykańskie studia filmowe.

Czy jako zawodowiec jest pan odporny na wszystkie zabawne i dramatyczne sytuacje rozgrywające się na ekranie?

- Ależ skąd! Jeśli na ekranie wydarzy się coś naprawdę śmiesznego, po kilka razy podchodzimy do tego samego momentu. Tu wracamy do plusów i minusów wykształcenia aktorskiego w pracy lektora. Ja każdy film przepuszczam przez siebie. Jeśli w ciągu dnia zbiegnie mi się kilka ponurych filmowych historii, wracam do domu zmaltretowany. Nie skarżę się, ale nie odbywa się to bez kosztów.

Poza tym same plusy. Od rana do wieczora ogląda pan w pracy filmy.

- Tak, siedzę, oglądam i czytam. Zgrzeszyłbym, gdybym narzekał. Co prawda mój kręgosłup ma inne zdanie na ten temat, ale on nie ma głosu.

Agencja W. Impact
Dowiedz się więcej na temat: Jacek Brzostyński | Lektor

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje