Bodo

Ocena
serialu
6,4
Niezły
Ocen: 420
Oceń
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

"Bodo": Szukam ludzi, którzy mają spokój wewnętrzny

Mariusz Bonaszewski długo stronił od pracy na małym ekranie. Teraz gra w TV bardzo dużo. Wymieńmy tylko seriale "Bodo" (premiera w 2016 roku), "Przyjaciółki", "Na krawędzi", "Krew z krwi", "Aż po sufit!". Kocha żonę i pracę w teatrze. Nigdy się nie nudzi, ma liczne pasje: sport, morze, czytanie, muzyka to tylko kilka z nich... Nam opowiada m.in. o tym, co przynosi mu spokój, ale też o tym, czego się boi.


Reklama


Jestem pewna, że dobrze Pan wie, za co najbardziej kocha Pana żeńska część publiczności. Za głos - niski, elektryzujący, magiczny.

- Ja po prostu nim pracuję, nie tylko przed kamerą. Chodzi mi przede wszystkim o granie i czytanie w radiu. O reklamy. Także audiobooki, już z kilkanaście, w tym kryminały Jo Nesbø - każdy po 500 stron. To wyczerpująca praca. Ze studia wychodzę na ostatnich nogach, a właściwie na ostatnich strunach głosowych (śmiech). Ale za to jak się tego słucha! I czyta. Widzi pani? A ja już nie czytam. Przestałem, gdy zacząłem zgadywać w książkach Jo, co się stanie. Miałem dosyć. Morze, skandynawskie klimaty, choćby takie, jak te z kryminałów Henninga Mankella: skąd się to w Pana głowie wzięło? Chyba z podstawówki... W szóstej klasie brałem udział w akcji "Dzieci na morzu". Ze Świnoujścia płynęliśmy promem do Ystad, by spędzić tam cały dzień. Pamiętam architekturę, stare drewniane domy, światła. Jestem ze Słupska. Blisko morza, ale jednak tam było jakoś inaczej. Wallander (bohater książek Mankella) chodził po tych samych ulicach. To było poruszające. I to, że ludzie domyślali się, skąd jesteśmy. Dawali nam pieniądze na ulicy (śmiech)...

A jaki Pan był w liceum?

- W I LO w Słupsku, wtedy jednej z najlepszych szkół w Polsce, byliśmy tacy nienasyceni. Czytaliśmy te same książki, robiliśmy sesje rockowe na strychu szkoły. Były happeningi w czasie długich przerw. Chodziło o to, żeby cała szkoła zeszła na dół i się gapiła. Czułem, że mam jakieś zahamowania, więc raz za razem przeprowadzałem na sobie eksperymenty. A rok temu urządzono mi w Słupsku fetę. Zaskakującą, wspaniałą.

Pretekstem była pięćdziesiątka?

- I 30-lecie wyjazdu ze Słupska. Coś czytałem, bo mnie o to proszono. Nagle okazało się, że zorganizowano przyjęcie. Czyste szaleństwo! Moja klasa z podstawówki i ogólniaka, moi nauczyciele, prezydent miasta - wszyscy byli. W tle leciały slajdy, bo organizatorzy knuli z ro-dzicami, brali od nich stare zdjęcia, wciągnęli w to nawet moją żonę (Dorotę Landowską - red.). Byliśmy w Ustce, gdzie mamy dom, a ona ciągle wychodziła na jakieś dziwne spotkania...

Ale w sumie było miło?

- Wie pani, ja w ogólniaku byłem strasznym outsiderem. To znaczy byłem niezwykle aktywny, tyle że ta aktywność nie dotyczyła szkoły.

Liczył się tylko sport?

- Przez moją wrodzoną wytrzymałość. Zdobyłem mistrzostwo Słupska, jedno, drugie, właściwie bez treningów. Czułem, że mam taki układ krwionośny i nerwowy, po ojcu, może dziadku, który każe mi być cały czas w ruchu.

A kim byli ojciec i dziadek?

- Dziadek przed i po wojnie był szefem tartaku, o zdolnościach rachmistrzowskich, być może też aktorskich, bo często udawało mu się ludzi nabierać. Ojciec był szefem dużej firmy budowlanej, przed Solidarnością i po. Dziś ma 77 lat i końskie zdrowie. Czułem, że i ja mam jakieś ADHD. Ale długo nie wiedziałem, czego chcę.

Do szkoły teatralnej zdawał Pan komuś na złość?

- Też! Miałem ochotę przywalić, bo słyszałem śmiechy: "Kretyn, chce do teatralnej". Ale był też we mnie jakiś snobizm. W liceum jeździłem do warszawskich teatrów, spaliśmy z kumplem na dworcu. Widziałem "Uciechy staropolskie" Dejmka, olśniewające. A najbardziej olśniewający był "Hamlet" z Derekiem Jacobim w BBC. Rodzice spali, a ja nie mogłem od tego 4-godzinnego spektaklu oczu oderwać. Chłopiec ogląda innego cierpiącego chłopca. I chce być na jego miejscu, chce być oglądany: aktorstwo to takie niespełnienia. Byłem z moją decyzją sam. Zdawałem do Krakowa, nie dostałem się. Wróciłem do Słupska, poszedłem do pracy w teatrze.

Dlatego, że był blisko domu?

- Miałem poważny powód, bo tę pracę trochę mi... załatwiono.

Kto? Znajomy znajomych?

- Tak. Bardzo o nią prosiłem. Biegałem po wódkę dla maszynistów i udało się - sam zacząłem pracować jako maszynista. Od tej pory ich uwielbiam, zwłaszcza tych z Teatru Narodowego. Chodziłem na wszystkie próby. Zachowywałem się bezczelnie - siadałem przed reżyserem, za co mnie wyrzucano z widowni, bo nie wolno. I zarabiałem. Sporo! Dziwiłem się, że jako pracownik fizyczny dostaję tyle, ile moja matka. I przygotowywałem się do egzaminów. Ludzie w bloku uważali, że jestem walnięty. Jeździłem nad morze i wrzeszczałem.

Dziś też uczy się Pan w ten sposób?

- Jak mnie cztery lata temu Jarocki zostawił na wakacje z wielkim monologiem do "Sprawy" Słowackiego, krzyczałem na plaży do morza.

Co było po szkole?

- Pracowałem w Słupsku jako kelner, organizowałem grupy focusowe, naganiałem ludzi na spotkania, robiłem badania proszku do prania, a jednocześnie miałem próby "Hamleta". Pracowałem też w lesie przy wyrębie, zniszczyłem sobie kręgosłup... Robiłem to, bo właściciel tartaku lubił, żeby mu opowiadać o teatrze w Warszawie. Moja matka pracowała w stacji krwiodawstwa, przychodziłem tam, panie siadały...

...a syncio opowiadał, jak to w tej stolicy jest.

- Jak wygląda Krystyna Janda itd. Ale wciąż nie wiedziałem, czy to jest to. Potem nagle coś się stało. Dostałem pracę w Teatrze Dramatycznym, poczułem ogromną przyjemność sceny. Za to z kamerą było różnie. Od razu po szkole zagrałem główną rolę w filmie, ale to był kompletny absurd! Reżyser mnie nie akceptował. Nie wiem, po co mnie wziął. Chociaż... po filmie przyznał, że się pomylił. Recenzje też miałem dobre, to był rodzaj zwycięstwa.

Dlatego tak wsiąkł Pan w teatr?

- Wycofałem się nawet z głównej roli w filmie, bo Zapasiewicz (wtedy dyrektor Dramatycznego - red.) się nie zgodził. Zwolniłby mnie, gdybym zagrał. Parę lat później sytuacja się powtórzyła. Grzegorzewski (dyrektor Teatru Narodowego - red.) też mi powiedział, że propozycja głównej roli w serialu eliminuje mnie z pracy teatralnej.

Za to teraz gra Pan dużo w serialach, na przykład w "Bodo".

- Gram ojca Bodo, szwajcarskiego inżyniera, protestanta. Dochodzi do mezaliansu z katoliczką. On umiera na raka już w 4. odcinku. Praca z Michałem Kwiecińskim, świetne pomysły scenograficzne, sceny żywe, efektowne. Jest jedna, tuż przed wojną, kiedy cała widownia śpiewa z tłumem tancerzy. Bodo zaprasza ludzi na 7 września, a jest 26 sierpnia. 7 września już nie będzie...

A morskim pasjom jest Pan wierny?

- Kocham morze. Gdy jestem w Ustce, ciągle w nim siedzę. Nawet zimą. Bezsens, prawda?

Ale krążenie Pan sobie poprawia.

- Świetne jest to, co się dzieje po: ten moment całkowitego rozluźnienia organizmu. I mam obsesję wchodzenia na wszystko, co pływa. Prom dokądkolwiek, statek, kuter.

Pan już wie, co jest najważniejsze w życiu?

- Zadaje pani pytania jak Albert Camus. Nie niepokoję się tym specjalnie. Nie mam poczucia, że zmierzam w jakąś stronę. Deprymuje mnie nieuchronność. I nie wiem dlaczego, duży wysiłek do tej pory sprawia mi przyjemność. Kiedyś jechałem 20 km na nartach po śniegu "pod sztorm", powrót nocą z wiatrem, bo PKS-u nie było. Nie dziwię się, że dziś już tak się nie da, zapas sił się wyczerpał. Ale taki jestem.

Gwarancja na kondycję się skończyła...

- Jest za to czytanie książek historycznych. James Cook był moją obsesją przez cały rok. Wcześniej biografia Władimira Wysockiego, jestem porażony jego muzyką. W samochodzie słucham Wysockiego, Led Zeppelin, Toma Waitsa. Rozumiem bieg spraw, ale lęk pozostaje lękiem. Powinno być odwrotnie. Chorzy, starzy powinni umierać w nieświadomości. To pomysł Ionesco, ale coś w tym jest. Szukam ludzi, którzy mają spokój wewnętrzny, bo u mnie z tym różnie. Czasem nad ranem trzęsę się jak galareta, kiedy indziej budzę się ze spokojem, że wszystko może się zdarzyć, każda katastrofa.

I nic Pana nie zaskoczy?

- Poza jednym. Utrata bliskich oznaczałaby dla mnie degrengoladę. Nie wierzę, żebym się podniósł. Grałem kiedyś w filmie "Moja biedna głowa", nagrodzonym za granicą - o mężu, który traci żonę i od tej pory opiekuje się nim 14-letni syn. Przeraziłem się: nieobecność Doroty w moim życiu mogłaby być czymś nie do zniesienia. Przyglądam się tym, którzy sobie poradzili z czymś takim. Nie, nie poradzili sobie, raczej jakoś się odmienili.

Rozm. B. Chodyniecka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje