Romanse Damoklesa

Popularność niezliczonej liczby seriali opiera się nie tylko na interesującej fabule, ale też na jednym, palącym pytaniu, zadawanym głównym bohaterom przez fanów. Pytanie to brzmi: "Pójdziecie w końcu do łóżka czy nie?".

Jaki jest przepis na sukces telewizyjnej produkcji?

Niegłupia fabuła? Czasem tak, ale to nie zawsze się sprawdza. Sukcesy odnoszą często produkcje, których rozwiązania fabularne są obelgą dla każdego, kto skończył cztery klasy podstawówki, nie uciekając się do ściągania na lekcjach.

Reklama

Trzymające w napięciu zwroty akcji? Na dłuższą metę zaskakiwanie widza może stać się regułą nie do wytrzymania - jak to się stało chociażby w przypadku serialu "Lost".

Cóż jeszcze… Efekty specjalne? Raczej nie. Wszak produkcja telewizyjna zawsze będzie operować mniejszym budżetem niż kinowe tytuły, miażdżące swoim rozmachem wklęsłe ekrany multipleksów.

Miłość, romans i seks? O, to już bliżej, choć te trzy cechy nie występują zawsze wspólnie. Każdy producent wie, że aby film czy serial "dobrze szedł", warto zawsze, niczym bezowy torcik, "posypać" go ładnymi paniami w tle. Czasem - idąc dalej drogą tej metafory - niczym dorodna wisienka na torcie - w fabule znajdzie się pierwszoplanowa postać kobieca.

Takie zabiegi, mające na celu "dodanie pieprzu" (O, nie! Skończmy już z tym kulinarnym językiem!) do opowieści, przybierają czasami formy kuriozalnie głupkowate.

[Każdy, kto próbował kiedyś w liceum zamiast czytać "Dżumę" Alberta Camusa posiłkować się ekranizacją tej powieści z Wiliamem Hurtem w roli głównej, wyszedł na tym jak przysłowiowy Zabłocki na, przysłowiowym, mydle. Książkowy dziennikarz Raymond Rambert, w trakcie przenoszenia na celuloidową taśmę, z przyczyn wiadomych, acz absurdalnych, zmienił płeć i oto stał się Martine Rambert, w którą wcieliła się Sandrine Bonnaire].

All You Need is Love

Wiele filmów i seriali oglądamy w zasadzie tylko po to, by wpatrywać się w pęd miłosnej karuzeli, na której posadzono od dwojga do kilkudziesięciu bohaterów - wspomnijmy tylko, dla zobrazowania pierwszego przypadku, "Dharmę i Grega", a dla drugiego bieguna - "Modę na sukces".

Tak naprawdę nic nie przywiązuje widza lepiej do ekranu niż jego własne emocje: uczucia, którymi darzy postacie z telewizji, i to, że jego sympatie zmuszają go do sekundowania ulubionym bohaterom w ich miłosnych rozterkach.

Co jednak zrobić z widzami, którzy zapierają się przed oglądaniem seriali o miłości, twierdząc, że a) ich to nie interesuje, b) to głupie, c) to dobre dla bab?

Wiadomo - sprzedać im to samo, tylko że w innym opakowaniu. I teraz przechodzimy do konkretów.

Romanse Damoklesa

Jeżeli miecz Damoklesa to symbol wiszącego nad kimś niebezpieczeństwa, którego nie można uniknąć, to romansem Damoklesa nazwiemy tutaj taki rodzaj uczucia, które wcześniej lub później (najczęściej później) musi połączyć serialowych bohaterów.

To, że ten z tą, a ta z tamtym - to każdy fan danego tytułu wie prawie od samego początku. Nierzadko przychodzi nam jednak czekać i sto odcinków z okładem, zanim twórcy zdecydują się na nam to pokazać.

Nie powinno nas to dziwić, gdyż trzeba wiedzieć, że konsumpcja romansu Damoklesa jest zawsze ostatnią deską ratunku i sięga się po nią, gdy oglądalność serialu zaczyna lecieć na łeb, na szyję.

Najbardziej wzorcowym tego rodzaju romansem jest uczucie rodzące się w bólach i trudach między agentem Foxem Mulderem, a agentką Daną Scully, bohaterami "Z Archiwum X". Siedem sezonów przyszło fanom czekać na pierwszy pocałunek tej pary. Atmosfera wokół tego tematu była od dawna gorąca, widzowie podzielili się na dwie grupy - tych, którzy liczyli na rozwój romantycznej relacji między Foxem a Daną, i tych którzy mieli to w nosie. Ci pierwsi stanowili jakieś 99,9 % całej grupy fanów.

Twórcy podpuszczali publiczność kilka razy, aż w piątym odcinku siódmej serii, w świątecznej atmosferze, przy dźwiękach "Auld Lang Syne", bohaterowie w końcu się pocałowali.

Kryminalne tango

Co ciekawe, seriale z wątkiem kryminalnym najczęściej korzystają z dodatkowego motorka w fabule, jakim jest tłumione napięcie seksualne między bohaterami. Zacznę wymieniać od takich klasyków jak: "Na wariackich papierach" z młodym Bruce'em Willisem i Cybill Shepherd, poprzez "Dempsey i Makepeace na tropie" i niezapomniany "Żar tropików".

Jeżeli można zrozumieć dlaczego ruda Sylvie Gerard, dostawała niezdrowych wypieków, czując "żar tropików" buchający spod rozpiętej hawajskiej koszuli Nicka Slaughtera, to geneza pozostałych romansów nie jest już tak oczywista.

Czy naprawdę para detektywów chciałaby zabierać traumatyczne przeżycia z pracy do domu i powierzać nawzajem swoje zdrowie i życie partnerowi, który przecież może akurat być obrażony? Okazuje się, że taki pomysł nie jest tak bardzo naciągany, jak się wydaje.

"Dlaczego rozglądamy się za partnerem życiowym akurat w miejscu pracy? Według psychologów mamy tu do czynienia z przesunięciem pobudzenia. W miejscu, gdzie kumulują się emocje i stany emocjonalne (stres, nerwy, strach, euforia itp.) dochodzi do sytuacji, gdy osoba spotykana na co dzień staje się obiektem pożądania i wielkich emocji" - pisze w swoim, nic z serialami nie mającym wspólnego, tekście "Fatalne zauroczenie, czyli romans w pracy" Iza Zasłona.

A czy w pracy prywatnego detektywa lub policjanta nie jest najłatwiej o silne emocje i emocjonalne szczyty? Aż dziw, że bohaterowie serialu "Gliniarz i prokurator" nie mieli problemów z jakimś "fatalnym zauroczeniem" między sobą. Chociaż za dziewczęta z "Cagney i Lacey" już bym głowy nie dał.

Oczywiście nie tylko kryminalne, serialowe hity z lat 80. były napędzane oczekiwaniem na romantyczne zbliżenia między współpracownikami. Współczesne seriale wcale nie stronią od powtarzania tego chwytu. Wśród współczesnych stróżów prawa kwestie sercowe mają wysoki priorytet. Chociażby tacy Bones i Booth z "Kości". Orbitowali wokół siebie dokładnie sto odcinków, by w końcu okazało się, że pocałunek, na który wszyscy fani czekali, miał już miejsce w dalekiej przeszłości. Podłość producentów nie zna granic. No, ale - "w miłości, jak na wojnie", czyż nie?

Szpiedzy nie są gorsi od policjantów. Tu krótko rzucimy tylko dwa tytuły z wielu: "Nikita" z Petą Wilson i "Chuck".

House + Cuddy = Huddy

Chyba nie trzeba udowadniać, że także lekarze nie są gorsi od szpiegów. Jednym z najgoręcej omawianych romansów tego lata jest związek dr Lisy Cuddy z ekscentrycznym dr. House'em. W przypadku tego medycznego procedurala przyszło widzom czekać sześć sezonów na to, co było oczywiste od samego początku: romans szefowej z genialnym diagnostą.

Przynajmniej pierwszy prawdziwy, bo wcześniej House był przekonany, że związek został skonsumowany. Jak się później okazało były to halucynacje głównego bohatera, a równocześnie kolejny dowód na wyrachowanie twórców telewizyjnych seriali.

Ale finał szóstego sezonu i zapowiedzi siódmego, nie pozostawiają tym razem wątpliwości. House i Cuddy naprawdę wchodzą w fazę zwaną Huddy. Czy scenarzystom uda się przejść ze stanu romansu Damoklesa, do prawdziwego romansu, równocześnie nie zarzynając tego co w serialu najfajniejsze? To się okaże.

Tymczasem kolejną serialową parę upatruje się w bohaterach "Fringe: Na granicy światów" - Olivii (granej przez Annę Torv) i Peterze (w tej roli Joshua Jackson). Chyba jednak nic z tego nie wyjdzie, gdyż nawet Jackson nie uważa tego za dobry pomysł.

"Myślę, że tworzymy razem uroczą i dziwaczną rodzinkę: walnięty tatuś, zbyt ambitna córka i leniwy synek" - mówił aktor.

A "Szatan z siódmej klasy"?

Od oczekiwań związanych z pocałunkami nie są także wolne seriale dla młodzieży. Katarzyna Bator i Bartosz Fajge poznali się i zaprzyjaźnili dzięki udziałowi w serialu "Szatan z siódmej klasy", w którym on zagrał tytułową rolę, a ona Wandę, dziewczynę z dworku.

Oboje mówią zgodnie, że w pracy na planie najtrudniejsza była scena pocałunku.

- Zrobiliśmy nawet coś w rodzaju próby przed zdjęciami - żartuje Bartosz.

- Nie da się ukryć, że oboje mieliśmy tremę - zdradza Kasia.

- I jak na złość, tego dnia na planie było więcej ludzi z ekipy niż zazwyczaj - dodaje.

Okazało się, że najtrudniejsza scena była jednocześnie najbardziej oczekiwaną przez młodych widzów.

- Gdy uczestniczyliśmy w pokazach "Szatana...", reakcja dzieci na nasz filmowy pocałunek zawsze była bardzo żywiołowa - wspomina Bartosz.

- Bo ten pocałunek właściwie wisi w powietrzu prawie przez cały film i widzowie nie mogą się go doczekać - dodaje.

A co ma wisieć, nie utonie - jak mówi stare przysłowie ludowe.

swiatseriali.pl

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje