Nigdy nie widziałem siebie w roli seks-symbolu

Paweł Małaszyński powoli wypiera Macieja Zakościelnego z fotela najpopularniejszego młodego aktora. Czy rok 2007 będzie należał do niego? W lutym do kin wchodzi "Świadek koronny", który jest jego filmowym debiutem, natomiast telewizja publiczna ma w planach emisję serialu "Tajemnica twierdzy szyfrów", w którym gra główną rolę. A rok rozpoczął od Telekamery 2007 dla najlepszego telewizyjnego aktora. Z Pawłem Małaszyńskim rozmawiała Jolanta Żabińska.

Ostatnie dwa lata to nieprzerwane pasmo pana sukcesów. Role w dwóch seriach serialu "Oficer", w trzech seriach "Magdy M.", wkrótce na ekrany kin wejdzie film "Świadek koronny", w którym gra pan główną rolę, a telewizja wyemituje kolejny serial z panem w roli głównej, "Twierdza szyfrów". Czy sukcesy zawodowe, fakt, że stał się pan jednym z najpopularniejszych polskich aktorów, zmieniły pańskie życie?

Reklama

Paweł Małaszyński: Nie. Oczywiście mam więcej pracy, dostaję więcej propozycji, ale poza tym moje życie się nie zmieniło.

Jest pan doceniany nie tylko przez reżyserów, ale przede wszystkim przez publiczność. Został pan "Najpiękniejszym" w konkursie "Vivy" i otrzymał nagrodę w konkursie "Kogo kocha Elle".

Paweł Małaszyński: Co do tytułu "Najpiękniejszego"... Najpierw byłem bardzo, bardzo zaskoczony, potem poczułem skrępowanie. Bo nigdy nie widziałem siebie w roli seks-symbolu czy najpiękniejszego Polaka. To było dziwne uczucie.

Paparazzi i plotkarskie pisma dały panu spokój?

Paweł Małaszyński: Nie jestem interesującym obiektem dla paparazzi. Dali mi spokój. Ale prawdę mówiąc, nie zastanawiam się nad tym, nie śledzę plotkarskich rubryk w prasie.

Czy to prawda, że odmówił pan udziału w programie "Taniec z gwiazdami"?

Paweł Małaszyński: Prawda. Mnie interesuje aktorstwo, a nie show. Nie czuję się dobrze w rozrywce tego typu i nie jest mi to do niczego potrzebne.

Pieniądze pana nie skusiły? Podobno w tym programie można sporo zarobić...

Paweł Małaszyński: Nie skusiły.

W "Oficerach" grał pan w kilku scenach - można rzec - ekstremalnych. Grand był torturowany... Czy trudno jest grać w takich scenach?

Paweł Małaszyński: Nie odczuwałem strachu przy tym całym katowaniu Granda. Nie korzystałem z pomocy kaskadera, więc to mnie ciągnęli uwiązanego na linie do quada, potem podpalili. Pomimo to, tak jak już mówiłem, nie bałem się. Myślałem tylko o tym, żeby nakręcone zdjęcia były realistyczne.

"Oficerów" i pierwszą oraz połowę drugiej serii "Magdy M." reżyserował Maciej Dejczer. Ten bardzo wymagający reżyser mówi o panu w samych superlatywach: że jest pan zdolny, pracowity, ambitny...

Paweł Małaszyński: Faktycznie, Maciej Dejczer jest bardzo wymagającym reżyserem, bardzo wymagającym człowiekiem. Ale udało nam się znaleźć wspólny język i dobrze nam się razem pracuje. Na planie "Oficera" bardzo ścieraliśmy się ze sobą. Na planie "Magdy M." już się rozumieliśmy. A na planie "Oficerów" czułem, że staliśmy się partnerami.

Obaj jesteśmy bardzo zaangażowani w to, co robimy. Obaj staramy się zrobić wszystko jak najlepiej, a jak wiadomo wspólny cel łączy ludzi.

A jak udało się pogodzić pracę na planach dwóch seriali: "Magda M." i "Oficerowie"? Były przecież kręcone w tym samym czasie...

Paweł Małaszyński: Trzech seriali, bo jeszcze w tym samym czasie pracowałem na planie "Tajemnicy Twierdzy Szyfrów", według prozy Bogusława Wołoszańskiego. Bywały takie dni, że rano jechałem na plan "Magdy M.", potem miałem zdjęcia do "Oficerów", a wieczorem - do "Twierdzy"... Był to okres dość trudny, ale dałem radę. Cały czas gram też w teatrze.

Wiemy, kim jest Piotr Korzecki i Grand. A kim jest kreowany przez pana bohater w "Tajemnicy Twierdzy Szyfrów"? I co to za serial?

Paweł Małaszyński: "Tajemnica Twierdzy Szyfrów" to 13-odcinkowy serial nakręcony na podstawie książki Bogusława Wołoszańskiego. Jest to historia szpiega Johanna Jorga, a w zasadzie agenta, który zostaje podstawiony pod prawdziwego szpiega, jakim był Johann Jorg, ze względu na podobieństwo do niego.

To jest prawdziwa historia?

Paweł Małaszyński: W połowie. Johann Jorg nigdy nie istniał. To jest postać, którą Wołoszański wymyślił na potrzeby książki i scenariusza. Kilka postaci, które się pojawiają w filmie, jest prawdziwych. Akcja jest osadzona w realiach II wojny światowej. Film opowiada o zdarzeniach, które miały miejsce pod koniec II wojny światowej, choć są retrospekcje z początków wojny.

Jorg zostaje oddelegowany do zamku Czocha w Karkonoszach, gdzie ma przejąć maszynę deszyfrującą, która nosiła nazwę "Ryba miecz" i której używają Niemcy. I faktycznie taka maszyna istniała, zdobyli ją Amerykanie pod koniec wojny. Przy okazji Jorg dowiaduje się o planach Niemców dotyczących konstrukcji bomby atomowej. Takie plany też najprawdopodobniej istniały.

Jorg porównywany jest do Hansa Klossa... Nie boi się pan zaszufladkowania? Mikulski na całe życie został Klossem...

Paweł Małaszyński: Właśnie po to, żeby nie zostać zaszufladkowanym, staram się grać bardzo różne role. Jorg jest inny niż Grand, a obaj nie mają nic wspólnego z sympatycznym Piotrem z "Magdy M.".

Grand miał bardzo wyrazistą żonę (Magdalena Cielecka), Magda Miłowicz też była jedyna w swoim rodzaju (Joanna Brodzik). Jakie kobiety pojawią się u pana boku w "Tajemnicy Twierdzy Szyfrów"?

Paweł Małaszyński: W Jorgu zakocha się córka właściciela zamku Anna Maria, którą gra Anna Dereszowska. Jest też druga kobieta, można powiedzieć towarzyszka broni Jorga, Natalia, którą gra Karolina Gruszka. Ona też darzy uczuciem Jorga. Więcej nie mogę zdradzić. Ale serial naprawdę jest bardzo ciekawy.

Trudno jest dziś uwierzyć, że zdawał pan aż trzy razy do szkoły aktorskiej.

Paweł Małaszyński: Dostałem się dopiero za trzecim razem, 26 czerwca 1998 r., w dniu swoich urodzin. Magiczna data. Niewiele brakowało, żebym został wojskowym. Po dwóch niepowodzeniach obiecałem tacie, który - podobnie jak wiele innych osób z mojej rodziny - służył w wojsku, że jeśli tym razem mi się nie uda, "pójdę w kamasze".

Nie mam pojęcia, dlaczego akurat wtedy udało mi się dostać do szkoły teatralnej, a dwie wcześniejsze próby się nie powiodły.

Jest pan sobie w stanie wyobrazić, jak potoczyłyby się pana losy, gdyby trzecia próba zakończyła się fiaskiem?

Paweł Małaszyński: Najprawdopodobniej zostałbym oficerem... (śmiech)

Większość czasu spędza pan teraz w Warszawie. Czy do stolicy przeprowadzili się także pana żona i synek?

Paweł Małaszyński: Tak, mieszkamy w Warszawie. Ale gdy tylko mam dwa, trzy dni wolnego, zabieram rodzinę i jadę do Białegostoku. Tam wypoczywam, mam rodzinę, przyjaciół. W Białymstoku lepiej mi się żyje, spokojnie, powietrze jest tam czystsze. Gdybym miał szansę spełniać się tam zawodowo, nie szukałbym pracy w Warszawie.

Pracował pan kiedyś w białostockim Hotelu Gołębiewski.

Paweł Małaszyński: Owszem, byłem kelnerem. Spotkałem tam fajnych ludzi. Tworzyliśmy fajną paczkę. Ale zajęcie nie było dla mnie: te spodnie w kant, pantofle. No i trzeba było być grzecznym wobec klientów, a ci bywali różni.

Byłem bardzo niesubordynowany. Niektórzy z moich znajomych nadal tam pracują.

Przybijanie pieczątek w Biurze Paszportowym też nie było dla pana...

Paweł Małaszyński: A tam było przyjemnie. Lubiłem tę pracę, miałem kontakt z ludźmi: miałem pokoik, zapraszałem do siebie petentów, rozmawiałem. Panie, z którymi pracowałem, też były bardzo fajne. Bardzo się polubiliśmy.

Jest pan jednym z nielicznych aktorów, którzy nie zgadzają się występować w telenowelach. A one przynoszą popularność i duże pieniądze. Wygrał pan casting zorganizowany przez twórców jednej z telenowel i zrezygnował pan z roli... Czy miał pan z tego powodu kłopoty?

Paweł Małaszyński: Bardzo się męczę, gdy długo pracuję przy jednym projekcie. Nie jestem długodystansowcem. Jeśli chodzi o rolę w telenoweli, to faktycznie tak było. Wygrałem casting i niemal od razu zrozumiałem, że udział w produkcji, która może mieć kilkaset odcinków, to nie dla mnie. Zrezygnowałem. Kłopotów nie miałem. Z perspektywy czasu wiem też, że to była słuszna decyzja.

Co do pieniędzy: na pewno są ważne, ale nie najważniejsze. Nie potrafiłbym zrobić czegoś tylko dla pieniędzy. Staram się, by ciągle doświadczać i uczyć się nowych rzeczy, spotykać ciekawych ludzi, rozwijać się. Zależy mi, żeby każda nowa rola była inna od poprzedniej.

Przejrzałam publikacje prasowe na pana temat. Oto co o panu wyczytałam: "gotuje"...

Paweł Małaszyński: Ja gotuję?!

"Jest wierny żonie", "oddany ojciec", "superprzystojny", "bardzo zdolny", "stały w uczuciach", "ceni przyjaźń"... To same superlatywy. Jest pan idealnym mężczyzną?

Paweł Małaszyński: Widocznie tak mnie niektórzy postrzegają... Nie będę więc prostował (śmiech). Ale jest w tym dużo prawdy. Rodzina jest dla mnie najważniejsza. Cieszy mnie każda chwila spędzona z moją żoną Joanną i synkiem Jeremiaszem.

Z którą rolą jest pan najbardziej kojarzony?

Paweł Małaszyński: Teraz najbardziej z "Magdą M." Ale widzowie pamiętają też Granda, postać, którą ja osobiście najbardziej lubię. Niektórzy podchodzą i mówią, że pamiętają mnie z "Białej sukienki". Cieszy mnie to, że nie jestem kojarzony wyłącznie z jedną rolą.

Nie chcę być zaszufladkowany, a w Polsce o to bardzo łatwo. Jesteśmy pokoleniem serialowym i takie są w tej chwili realia i trzeba się z tym pogodzić. Kręci się 20 filmów rocznie i co roku powstaje tyle samo seriali. Obłęd.

Dziękuję za rozmowę.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje