Cenzura słowna w serialach

Oglądając polskie seriale nie usłyszymy zbyt wielu przekleństw padających z ekranu. I w gruncie rzeczy nas to nie dziwi. Tak to już jest. Dziwi nas jednak, dlaczego śledząc przygody naszych ulubionych "zagranicznych" bohaterów, także nie słyszymy wulgaryzmów, a jeśli nawet - to tylko dlatego, że nie nałożył się na nie głos lektora.

Proszę sobie wyobrazić, żeby ksiądz z "Plebani" albo Kleczkowska ze "Złotopolskich" rzucali na prawo i lewo słowem "k***wa". Nie miało by to żadnego sensu i wyglądało nienaturalnie. Używanie przekleństw w telewizji ma tylko wówczas rację bytu, gdy jest środkiem w dotarciu do określonego celu. Może nim być np. chęć przybliżenia bohaterów seriali do widzów, uczynienia ich prawdziwszymi, bardziej typowymi dla realnych ludzi, którzy zarówno chodzą do kościoła, jak i bluzgają.

Reklama

Tak jest np. w "Pitbullu" Patryka Vegi, gdzie padają teksty w stylu: "Ty fiucie" czy "To się ładnie w ch***j załadowaliśmy". Są co prawda wygłuszone, ale mimo wszystko słyszalne.

"Przekleństwa są immanentną częścią języka moich bohaterów. Brak przekleństw kłóciłby się z duchem serialu, który miał być jak najbliżej życia" - tłumaczy reżyser, Patryk Vega w miesięczniku "Film".

"Pitbull" to jednak wyjątek potwierdzający regułę, niestosowania przekleństw w polskich serialach. Każdy twórca ma jednak prawo pisać dialogi dla swoich bohaterów, tak jak uważa to za stosowne. Można to potępiać, ale jednocześnie zrozumieć.

Wątpliwości budzi fakt stosowania cenzury w wypadku zagranicznych seriali, tłumaczonych na język polski. Pierwszy lepszy przykład z brzegu, jedna z najpopularniejszych ostatnio produkcji amerykańskich "Dexter".

Typowy dialog z tego serialu. Debra, siostra Dextera, wchodząc do jego kuchni zastaje nagą obcą kobietę. Zdziwiona tym faktem, mówi: "Who the fuck are you?" ("Kim ty, k***wa, jesteś?"), jednak polski widz słyszy jedynie "Ktoś ty?". Podobne "tłumaczenia" mają miejsca praktycznie w każdej polskiej stacji. Publiczność zamiast "fuck", "bitch" czy "dick", słyszy ich polskie "odpowiedniki" w stylu "goń się wujek" albo "ja ciebie też terefere".

Jednym z niewielu wyjątków od tej reguły, jeśli nie jedynym, jest stacja kablowa Universal Channel, gdzie widz oglądający "Californication" może usłyszeć zwroty typu: "pieprzyć się", "robić laskę" czy "ci***a".

Miesięcznik "Film" zaznacza, i ma przy okazji całkowitą rację, że polskie stacje są zobowiązane stosować się do rozporządzenia KRRiTV, które zabrania im nadawania przed godz. 23.00 "przekazów mogących mieć negatywny wpływ na prawidłowy fizyczny, psychiczny lub moralny rozwój małoletnich". Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z faktu, że gdyby wszystkie ściśle się do tego nakazu stosowały, moglibyśmy oglądać jedynie "Bolka i Lolka" na zmianę z "Reksiem".

W związku z tym niech nasze rodzime kanały produkują ugrzecznione, pozbawione kontrowersji seriale, ale niech nie ograniczają widzom dobitnych i ostrych treści, jakie oglądamy, a przede wszystkim słyszymy w serialach wyprodukowanych przez HBO, Showtime czy F/X.

INTERIA.PL/FILM

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje